Argentyna: Daleko jeszcze?

Godziny marznięcia przy drogach przez pustkowia, niezliczone rozczarowania, pół kilograma nerwów, brud, zmęczenie i rezygnacja – bardzo często właśnie tak wyglądało nasze łapanie stopa. Jakże miłą odmianą było wydostanie się z El Calafate! Wypoczęci i uśmiechnięci udaliśmy się spacerkiem na wylotówkę.

Tam, przy bramie do miasta, spotkaliśmy parę podróżników, więc ustawiliśmy się grzecznie w kolejce i cierpliwie poczekaliśmy, aż uda im się coś złapać. Cierpliwości na wystarczyło, bo zajęło to może dwie minuty, a po kolejnych dwóch sami też siedzieliśmy w cieplutkim samochodzie i Kasia mogła oddać się konwersacji z miłymi kobitkami, które zgodziły się podrzucić nas do Rio Gallegos, czyli raptem kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Chile. Żeby dostać się na samo południe Argentyny trzeba przejechać przez kawałek tego kraju, w tym przepłynąć cieśninę Magellana. Po 4 godzinach drogi byliśmy już bardzo blisko i pełni nadziei, że w ciągu doby uda nam się dotrzeć do Ushuai, to przecież niespełna 600 kilometrów stąd!

A czy Ty zabrałeś dziś z drogi autostopowiczów…?

Nasz zapał został błyskawicznie zgaszony przez zbliżający się wieczór, ulewę i brak perspektyw na złapanie kolejnego stopa, więc noc spędziliśmy więc w bogolskim hostelu – im dalej na południe, tym ich ceny były wyższe, a jak na złość Couchsurfing już w ogóle nie odpowiadał. ‚Rano’ (czyli po granicznej godzinie wymeldowania z pokoju) postanowiliśmy spróbować szczęścia na stacji benzynowej i Kasi dość szybko udało się zbajerować kierowcę ciężarówki jadącego do Rio Grande – a to już naprawdę rzut beretem od naszego wymarzonego celu! Pojawiła się jednak mała niedogodność – kierowcy bali się zabrać dwie osoby do kabiny, ale na nasze szczęście Juan (bo tak miał na imię nasz dobrodziej, a w sumie to pewnie dalej ma) był w trasie z kolegą, więc mieliśmy jechać na dwa pojazdy – Kasia z Juanem, który był całkiem ogarnięty, a ja ze wspomnianym kolegą, który… był ciekawy. 🙂 Nie ukrywam, że trochę się obawiałem takiego rozwiązania i rozłąki, tym bardziej, że Kasia przecież nie ma nawet telefonu. Chłopakom na szczęście całkiem dobrze z oczu patrzyło, a poza tym i tak nie mieliśmy za bardzo wyjścia. Ni czas to na wybrzydzanie, ni miejsce.

Podróż z moim towarzyszem płynęła raczej cicho i spokojnie, głównie z powodu bariery językowej. Mój piękny, kastylijski akcent (którego używam we wszystkich znanych mi dziesięciu hiszpańskich słowach) nie spotkał się z aprobatą, a poza tym kierowca był całą drogę zajęty paleniem fajek (w ilości około 2 paczek dziennie). Trochę sobie ‚pogadaliśmy na migi’, pojedliśmy ciastka, pouśmiechaliśmy się i to w sumie tyle z naszej interakcji. Poza tym dziewicze krajobrazy za oknem sprawiały, że oddawałem się głębokiej kontemplacji natury przerywanej drzemkami oraz, niestety, stertami butelek z moczem i innymi śmieciami zostawianymi przy drodze. To bardzo smutne, że ludzie nie poczuwają się do dbania o przyrodę. Zupełnie normalne jest dla nich wyrzucanie śmieci przez okno samochodu.

Umierając z głodu (bo przecież każdy doświadczony podróżnik wie, że droga nigdy się nie przedłuża i nie warto mieć ze sobą za dużo prowiantu) dotarliśmy do Cieśniny Magellna, jednak zastała nas tu noc, promy już nie kursowały i zostaliśmy zmuszeni do spędzenia nocy w namiocie. W sumie to nie do końca zmuszeniu, bo dostaliśmy propozycję spania w kabinie podczas gdy chłopaki spaliby we dwóch w drugiej, ale nie mogliśmy się zgodzić na takie poświęcenie z ich strony. Sami są wymęczeni, pracują bardzo ciężko, więc doszliśmy do wniosku, ze to by była przesada. Razem z naszymi drajwerami zjedliśmy obiad w przydrożnym barze dla kierowców, umyliśmy się w zlewie, rozbiliśmy namiot obok naczepy, założyliśmy na siebie wszystkie możliwe ubrania i poszliśmy spać. Temperatura w nocy spadła poniżej zera i było mało przyjemnie, ale dzielnie przetrwaliśmy, chociaż zdecydowanie była to najgorsza noc w namiocie podczas całej naszej podróży. Rano (niezbyt) rześcy i wypoczęci ruszyliśmy w takim samym składzie w dalszą drogą.

Przeprawa przez cieśninę jest krótka i przyjemna, chociaż wieje jak cholera. Udało nam się za to wypatrzeć skaczące orki. Cieszyliśmy się bardzo, ponieważ od Rio Grande dzieliło nas już raptem około 250 kilometrów, więc w ciągu 4h powinniśmy się tam zameldować, a dalej to już prosta droga do Ushuai – to powinno się dziś udać! No i zapewne udałoby się gdyby nie godzinne czekanie na dokumenty mojego kierowcy, wyciąganie po drodze innej, zakopanej ciężarówki, a przede wszystkim remont ogromnego odcinka drogi, przez co kilka godzin poruszaliśmy się maksymalnie 30km/h. Coś wspaniałego, to jest to o czym marzyliśmy!

Bohaterowie nie zawsze noszą peleryny!

Znów zastała nas noc gdy nasi camioneros zostawili nas w Rio Grande. Tułaliśmy się po mieście szukając taniego hostelu, jak na złość wszystkie polecane były nieczynne, zamknięte lub drogie. Na szczęście znaleźliśmy przytulny, cieplutki przybytek, a gorący prysznic sprawił, że zapomnieliśmy o wszystkich troskach. Wyspani i pełni wiary, że już dziś uda nam się dotrzeć na koniec świata ruszyliśmy na znajdującą się na wylotówce stację benzynową. Niestety, nikt nie chciał nas ze sobą zabrać, więc żeby nie tracić więcej czasu ruszyliśmy machać kciukami. Troszkę wiało, ale było przyjemnie. 🙂

Łoj jak wieje!

Jest! Piękna, nowiutka Toyota Hilux zaprasza nas na swój pokład i podwozi do Tolhuin, czyli ostatniej miejscowości przed Ushuaią. W dodatku jeszcze jest widno, więc to duży sukces, tym bardziej mając w pamięci nasze ostatnie dokonania. 🙂 Po dobrej godzinie na poboczu zaczęliśmy rozważać podróż autobusem, nawet jakiś miał jechać za dwie godziny. Ucieszyliśmy się bardzo kiedy para autostopowiczów łapiąca od naszego przyjazdu stopa w przeciwnym kierunku zatrzymała samochód i z uśmiechem ruszyła w drogę. Jak się okazało już za moment w drodze byliśmy i my, nie wiedząc jeszcze, że w ciągu najbliższych dni czeka nas tak wiele…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s