Argentyna: Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki!

37

Miasteczko Perito Moreno – jedno z wielu, do których przyjechaliśmy tylko po to, żeby się z niego wydostać. W dodatku nazywa się tak samo jak lodowiec, do którego w ślimaczym tempie zmierzamy i jak tak dalej pójdzie to chyba prędzej sam nas odwiedzi. Żwawym krokiem przecinamy więc kolejne uliczki i błyskawicznie znajdujemy się na kolejnej wylotówce.

Jest dobrze, mamy ze 3 godziny zanim zrobi się ciemno! No i pewnie już domyślacie się co. Tak, dokładnie – NIC! Zanim słońce zaczęło zachodzić minęło nas dosłownie kilka samochodów, żaden oczywiście się nie zatrzymał. W dodatku zaczęło się robić zimno. Bardzo zimno. I wiać. Bardzo wiać. Postanowiliśmy wrócić na stację benzynową, na której zaczęliśmy naszą przygodę z tym miastem, licząc na to, ze jakimś cudem uda nam się znaleźć jakąś dobrą duszę jadącą w naszym kierunku, a przynajmniej odrobinę ogrzać wymarznięte gnaty.

W Argentynie całodobowe stacje benzynowe jest bardzo trudno i, a jakże, ta również do nich nie należała. Mają one jednak tę niewątpliwą zaletę, że czasem nocują na nich truckerzy, a ci mają dobre serca. Zapewne znowu domyślacie się co było dalej? Haha, a właśnie, że tym razem nie! Najpierw na stację podwiózł nas bardzo miły Pan Bośniak, a w czasie tej podwózki ja miałem przyjemność siedzieć z tyłu na martwym, dużym, oskórowanym zwierzu. Na szczęście w folii typu worek, ale i tak było to dość dziwne uczucie. W dodatku zimno w dupę. Na samej już stacji Kasia wzięła sprawy w swoje lingwistycznie uzdolnione ręce, dodała do tego odrobinę uroku osobistego i okazało się, że nie musimy spędzić nocy byle gdzie (przynajmniej jeszcze nie teraz), bo jeden z kierowców jedzie do Gobernador Gregores, które jest nam nie po drodze tylko odrobinę, więc prawie jakby było po drodze! Kolejne 350km bliżej to zawsze coś!

Takiego wnętrza kabiny to jeszcze nie widzieliśmy. Z tapicerki można byłoby jeść. Biała rękawiczka po przetarci czegokolwiek stałaby się jeszcze bielsza. Nie, nie w ten sposób, to jeszcze nie Kolumbia. 😉 Czystość absolutna, ładnie pachniało, kulturalny i miły kierowca. Co więc mogło pójść nie tak? Starając się przestrzegać zasady, że o polityce i religii się nie dyskutuje, sami wykopaliśmy pod sobą dołek zbyt mało entuzjastycznie wypowiadając się na temat naszej wiary, więc Kasia przez 2 godziny słuchała nawracających gadek. Przeżyła, ma się dobrze, chociaż zadowolona nie była. Nie dziwię się, to na mojej piękniejszej połowie spoczywa ciężar wielogodzinnych rozmów podczas gdy ja mogę sobie ukradkiem przymknąć oko. 😉 Ta kilkugodzinna droga miała jednak w sobie coś, czego nigdy nie zapomnę. Bo tak NIESAMOWITEGO, nocnego nieba nie da się nigdy zapomnieć. Wokół setki kilometrów ciemności, a nad głową miliony gwiazd i Droga Mleczna, którą chciałoby się zjeść. Oczywiście nie mamy żadnego zdjęcia, bo zanim zdążyłbym się rozstawić ze sprzętem to pan kierowca chował już swój sprzęt uprzednio obsikawszy oponę. Niestety, są takie widoki, których żadne słowa nie są w stanie nawet po części oddać. Prawdziwa magia.

Nawróceni, zmęczeni, jesteśmy. Gubernator Grześ w nocy na pewno jest piękny, ale dla nas piękniejsze było wnętrze naszego namiotu rozbitego naprędce za kolejnym CPNem. Tradycyjne mycie w butelce zimnej wody, spanie w ubraniach, szczękanie zębami – to jest to o czym marzyliśmy od kilku dni! Ale przecież jutro na pewno będzie lepiej…

24

Promienie słońca, przepłacone empanady i poranna toaleta podniosły nas odrobinę na duchu. I byłoby naprawdę miło, gdyby nie fakt, że nikt stąd nie jechał w naszym kierunku. Nikt. Tak, jakby świat się kończył na Generalnej Guberni. W dodatku jakiś gość z plikiem pieniędzy w ręku coś ode mnie chciał, nawet się przedstawił, ale cztery słowa to był cały jego zasób angielszczyzny. Pomęczył później trochę Kasię jakimś małym small-talkiem, nawet był miły. Ale nam w głowie była tylko dalsza droga. Im szybciej, tym prędzej! Nie ma nic na stacji to musi być coś za miastem – idziemy!

IMG_20180411_172409.jpg

Tośmy poszli. Mapa mnie znowu okłamała, na szczęście mili jegomoście podwieźli nas kawałek, który okazał się dobrą, dwugodzinną pieszą wędrówką pod górę. No… Teraz to dopiero pusto! Teraz to dopiero wieje! Chroniąc się za górą kamieni i wymyślając gry i zabawy przy użyciu tychże czekamy. I czekamy. I dalej czekamy. Mijają godziny, a minęły nas dwa samochody. Trzeci na szczęście się zatrzymał i dzięki temu kolejny raz mieliśmy okazję popełnić fatalny w skutkach błąd, oczywiście skrzętnie z tej okazji korzystając. Bo czemu nie podjechać sobie 10 kilometrów dalej i nie spróbować łapać stopa właśnie tam, na jeszcze większym pustkowiu, jeszcze dalej od miasta? Co prawda Pan Farmer zaoferował nam, że w razie czego możemy sobie rozbić namiot na jego ranczu, ale w żaden sposób nie zmieniało to naszej beznadziejnej sytuacji. Łapaliśmy więc dalej, w taki sposób:

26

Dwie godziny później ktoś się zatrzymał. 100 metrów od nas, bo przecież po co bliżej, Kasia wyrwana ze śpiwora z radości przebiegła w iście sprinterskim stylu ten olimpijski dystans tylko po to, żeby dowiedzieć się, że mogą nas podwieźć kolejnych kilkanaście kilometrów dalej w głąb pustkowia. Nie, dzięki. Po kolejnej godzinie stwierdziliśmy, że dość. Wracamy do miasta. Raz na trzy dni przecież jeździ autobus, kosztuje milion pesos, więc takiej okazji nie zaprzepaścimy. Pomieszkamy sobie na stacji, zintegrujemy się z lokalną społecznością, popielęgnujemy bród na ciele i ubraniach, a później wydamy nasz tygodniowy budżet, żeby dostać się do kolejnego wspaniałego miasteczka. Jest tylko jeden mały, malutki problem. Mamy do przejścia ponad 20 kilometrów. Na pytanie czy z wiatrem, czy pod wiatr odpowiedzcie sobie sami. Desperacja sięgała zenitu, źli byliśmy na siebie samych i na cały świat, próbowaliśmy złapać jakiś samochód jadący w którąkolwiek stronę i wtedy…

27

Wtedy pojawił się on. Richard Caro. Gość od pliku banknotów, którego poznaliśmy kilka godzin temu. Widok jego Fiata załadowanego po brzegi kartonami doprowadził nas do euforii. Szybki tetris sprawił, że tylko 2 kartony napierały na moją głowę przez najbliższych kilka godzin. Ale najlepsze było to, ze Rysiek jechał do El Chalten, a to już rzut beretem od El Calafate, do którego zmierzaliśmy!

IMG_20180412_134048
IMG_20180412_133530
IMG_20180412_123113

W dodatku on też zmierzał, tylko dzień później, więc mieliśmy zapewniony transport i tam! Czułem się jakbym trafił czwórkę w totka, to znaczy chyba, bo nigdy nie trafiłem, ale tak to sobie wyobrażam.
Riczard jest handlarzem. Takim prawdziwym, podręcznikowym wręcz przykładem handlarza. Jeździ po kraju i handluje bombillami, materami i innymi bibelotami. Ma dwadzieścia kilka lat, więc chłopaczek jest w sile wieku, co pozwala mu łączyć swój zmysł do oszczędzania z możliwościami i pewnie dlatego z oszczędności sypia w swoim samochodzie. Tylko on i jego towar. To dosyć romantyczne. Do tego uwielbia palić paskudnej jakości trawę, z której sypią się ziarna i jest fleją, która wyrzuca butelki przez okno. Przy tym naszym wybawcą, więc musieliśmy ścierpieć te małe niedogodności. W ramach podziękowania za podwózkę zabraliśmy go na ciemne piwo (o ciemny Quilmesie, jakiś ty był pyszny!), umówiliśmy się na kolejny dzień i udaliśmy spać. My do taniego hostelu, Rychu do Fiata.

IMG_20180411_222652
IMG_20180411_191053

Interesy zatrzymały Ryśka w miasteczku chwilkę dłużej, więc udałem się z nim na krótkie zwiedzanie, podczas którego objawił swoją mistyczną naturę i medytował przy wodospadzie. Bardzo naładował się pozytywną energią, bo zagadywał w drodze powrotnej starsze małżeństwa, a jako urodzony handlarz miał gadanę. Taką, że nie zważał na moje niedoskonałości w hiszpańskim i cały czas próbował się ze mną porozumiewać w tym pięknym języku, zupełnie nic sobie nie robiąc z braku możliwości komunikacji. Do tego kochał robić zdjęcia, moje ‚ukochane’, czyli pozowane. I sobie, i mi.

IMG_20180412_124446
IMG_20180412_123300
28
29
32

W sumie Rysiek to był fajny gość. Nawet kupiliśmy od niego trochę towaru. W sensie sprzętu do parzenia i picia mate, a nie ziaren marihunanen wymieszanych z liśćmi.
El Calafate. O jeżu, udało się! Jesteśmy! Od lodowca dzieli nas tylko krótka wycieczka, a w dodatku znaleźliśmy taki super hostelik, tani, ze śniadaniem, z gorącym kaloryferem, a truskawką na torcie jest to, że jesteśmy sami w sześcioosobowym pokoju! Spodobało nam się tak, bardzo że postanowiliśmy zostać na 4 dni w celu regeneracji i błogiego lenistwa. Spacerowaliśmy sobie niespiesznie po tym pięknym miasteczku, oglądaliśmy filmy, patrzyliśmy na co nas nie stać, może nawet pisaliśmy coś na bloga, smażyliśmy wołowinę (bo już płakałem, że nie spróbowałem argentyńskiej wołowiny, a w tak turystycznym miejscu to będzie kosztowała tyle co karton ryśkowych dóbr), a Kasia usmażyła sobie również majtki na wspomnianym, naprawdę gorącym grzejniku. 🙂

31

To jest stejk, a nie majtki.

IMG_20180413_173913

A na to nas nie stać.

W końcu jednak nastał czas poważnych decyzji – trzeba jechać zobaczyć lodowiec! Wszak to bydle ma ponad 30 kilometrów i podobno jest trzecią największą rezerwą wody pitnej na świecie. Postanowiliśmy pojechać autobusem, udaliśmy się więc na dworzec zakupić bilety (a to niespodzianka), a autobusem okazał się prywatny samochód, ponieważ było nas tylko troje chętnych i widocznie się nie opłacało odpalać rumaka. 😀 Za wstęp musieliśmy zapłacić, jako turyści, cztery razy tyle ile lokersi, no ale tak już tu jest, nic się nie poradzi. Sam lodowiec… No, jest to coś totalnie niezwykłego. Co prawda widzieliśmy już jeden na Islandii (ba, nawet pod nim spaliśmy!), ale poetycko porównując: tamten był jak naparstek piwa przy beczce piwa. Wielkość Perito Moreno budzi ogromny respekt, kolory wprawiają w zachwyt a trzask pękającego lodu sprawia, że nerwowo oglądasz się dookoła. Świat jest naprawdę NIESAMOWITY. I wiem, że się powtarzam.

34
35
36
38

No, to teraz z czystym sumieniem można jechać tam, gdzie dalej już jechać się nie da…

33

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s