Argentyna – Ruta 40: Początek

12

Jeszcze tylko jedno spojrzenie na miejsce naszych wygód, jeden uśmiech posłany w kierunku ulubionego sklepiku, jedno zerknięcie na widoczne w oddali góry… Nie ma czasu na sentymenty, wskakujemy do autobusu, który wywiezie nas niemal na sam koniec miasta i ruszamy w dalszą drogę! I to w drogę nie byle jaką, bo sławną, znaną i lubianą Rutę 40, czyli jedną z najdłuższych dróg świata.

Początek kolejnej części naszej wędrówki na południe okazał się być nad wyraz szczęśliwy. Nawet nie zdążyliśmy przejść na właściwą stronę jezdni, a już złapaliśmy stopa. Chociaż powinienem raczej napisać, że to stop złapał nas. Z okna czerwonego, zdezelowanego, na oko osiemdziesięcioletniego Forda zaczął krzyczeć do nas na oko osiemdziesięcioletni jegomość.

11

Przejechać się takim wehikułem to super sprawa… by była, gdyby nie jego stan. Skrzynia biegów charczała jakby to były ostatnie chwile jej życia, luzy w kierownicy zastanawiały mnie jak można w ogóle to coś prowadzić, a na dodatek po siedzeniu na siedzeniach zostały nam na siedzeniach tłuste plamy, których długo jeszcze nie dało się wywabić. 🙂 Te skromne niewygody były jednak z nawiązką rekompensowane przez NIESAMOWITE widoki zza szyb, eleganckie wykończenie wnętrza samochodu porożem oraz uprzejmość Pana Prowadzącego. Chociaż przez chwilę zrobiło nam się lekko nieswojo kiedy zatrzymał się przy jakimś lasku i przeprosił nas na chwilkę ponieważ musi iść schować siekierę. Tak, tak było, nie, nie wiemy po co się chowa siekierę w lesie przy drodze. Podwózka wśród tych pięknych okoliczności nie trwała jednak zbyt długo, po 30 kilometrach nadszedł czas rozstania, wspólnych fotek i obietnicy modlitwy za zdrowie i powodzenie.

13

Oj coś dobrze idzie nam ostatnio to łapanie! Po krótkiej chwili jechaliśmy kolejnym samochodem, tym razem z parą, na którą składali się Pani Niemka i Pan Prawnik. Pan Prawnik, poza tym oczywiście, że był prawnikiem, miał tą jeszcze zaletę, że mówił po angielsku, więc w końcu i ja mogłem się z kimś komunikować ciut bardziej zawile niż ‚dos cervezas por favor’, ‚hasta luego‚ czy ‚de nada‚. Poopowiadał, że nie lubi się z tutejszą policją oraz o zielarskich tradycjach w jego miasteczku. Myślę, że te dwie sprawy mogą się w którymś miejscu zazębiać. 😉 Kochani ludzie, bo głównie takich spotykamy w Argentynie, zaoferowali nam nocleg u siebie w domu w razie gdybyśmy nie złapali stopa. Postanowiliśmy jednak dzielnie walczyć i nie tracić czasu oraz nie nadużywać gościnności i dobroci.

14

I wtedy popełniliśmy błąd. Jeden z głupszych błędów, które można popełnić łapiąc stopa w tak ogromnym kraju. Bo jak można było, z dala od jakichkolwiek miast, na tak mało uczęszczanej trasie, zgodzić się na podwózkę kilkanaście kilometrów dalej? Po co? Warum? Co nam strzeliło do głów? Znaleźliśmy się więc na zakręcie, w przenośni jak i dosłownie. Wieczór zbliżał się wielkimi krokami, otaczały nas góry, żadnej chałupy w pobliżu (oprócz warsztatu, obok którego nas wysadzono), a przejeżdżające co kilkanaście minut samochody nawet nie myślały, żeby się zatrzymać. W związku z tym niestety zmuszony byłem oderwać Kasię od miziania okolicznego kociątka i ze zwieszonymi nosami ruszyliśmy wzdłuż krętych, stromych uliczek w poszukiwaniu miejsca na nocleg.

15

Ej! Chyba jeszcze nigdy nie spaliśmy przy wodospadzie! A w dodatku wodospad to woda, a wodę można pić i się w niej myć! Co tam, że kamienie pod tyłkiem, co tam połamane śledzie od namiotu, co tam ziąb, ważne, że mamy naładowany komputer, a na nim Kilera! I piękne widoki! I wodospad, a wodospad to woda i… Okej, dość. 🙂

16

W Polsce zaczęło się robić ciepło. U nas zaczęło się robić zimno. A my zaczęliśmy z całego serca przepraszać nasze, jak nam się dotychczas wydawało, za grube śpiwory i prosić je o jeszcze jedną szansę na odbudowanie przyjaźni. W dodatku świat dookoła się kończył. Już nie było zielonych gór, lasów, przełęczy. Półtoragodzinna podróż na pace pickupa nie była już tak przyjemna jak poprzednie. Wiatr sprawiający coraz to większe problemy z marszem i deszcz radośnie kapiący nam w twarze też nie sprzyjały wędrówce. A w dodatku samochody niemal już zupełnie przestały jeździć. Kończyła nam się woda, kończyło nawet rezerwowe jedzenie, a dookoła tylko pola i surowe góry. Nawet nie byłoby z czego rozpalić ogniska. Ładnie się wpakowaliśmy. Na całe szczęście chociaż ten jeden, jedyny raz udało nam się wyruszyć rano, więc mamy przed sobą kilka godzin nadziei. Do Rio Mayo, najbliższej według mapy miejscowości, mieliśmy jeszcze kawał drogi. I wtedy pojawili się oni.

17

Jednym z moich (niestety niespełnionych) południowoamerykańskich marzeń było złapać na stopa VW ‚Ogórka’. Bus, który się zatrzymał zdecydowanie nim nie był, ale i tak przyjęliśmy go jak dar z niebios. Do Rio Mayo zmierzała nim czteroosobowa grupka młodzieży pracującej. Dość małomównej, ale za to chętnej zabrać nas ze sobą! Rozłożyliśmy się więc na końcu jak szlachcice i z uśmiechami na ustach ucięliśmy sobie drzemkę.

18

Nasi wybawcy mieli jednak jeden, malutki mankament. Żadne z nich nie miało prawa jazdy, o czym dowiedzieliśmy się gdy na horyzoncie pojawił się policyjny punkt kontrolny. 😀 Zjechaliśmy z drogi i czając się między domami przeczekaliśmy dobrą godzinę aż stróże prawa pojadą w siną dal i dalej już bez przeszkód dojechaliśmy do miasta.

Stacja benzynowa dla autostopowicza to tak jak dla studenta sklep monopolowy pod samym akademikiem. Analogicznie – stacja 24h to jak monopolik 24h. Ta, na której nas wysadzono oczywiście całodobowa nie była, ba, za godzinę ją zamykali. Ale była! Mogliśmy spokojnie usiąść i zastanowić się jak i kiedy ruszać dalej w drogę. Pewnie już o tym wspominałem i wiele razy jeszcze wspomnę, ale muszę: ludzie w Argentynie są cudowni. Podczas naszego siedzenia i zastanawiania podszedł do nas pracownik stacji, zaciekawiony obcym językiem. Od razu zaoferował nam za darmo kluczyk pod gorący prysznic (jaka to była radość!) oraz polecił rozbić namiot tuż za stacją, przy murze, bo w nocy wieje i będzie zimno, no i tam bezpieczniej. I co z tego, że rano obszczał nam go pies!

21

Rio Mayo to miasteczko trochę jak z westernu, z tą jednak różnicą, że nie w nim nic ciekawego (ale jest CIBERKIOSCO). A na pewno nie ma samochodów jadących w dogodnym dla nas kierunku. Za to żeby dostać się na wylotówkę trzeba podejść pod naprawdę sporą górkę. Na szczęście według mapy na górze jest lotnisko, więc w razie kłopotów można się będzie tam schronić – tak sobie naiwnie pomyśleliśmy, bo owo lotnisko okazało się być barakiem wśród pustkowia, obok którego raz na jakiś czas ląduje malutki samolocik. Wypluwając płuca dotarliśmy do dogodnego spota i… nie łapaliśmy stopa. Bo nie było czego. Przez godzinę minął nas jeden samochód. Za to założyliśmy na siebie chyba wszystkie możliwe ubrania, bo wiatr był taki, że rolnikowi porwało krowę. Żartuję, krów nie było, były za to biegające przy drodze strusie. Kolejna godzina i kolejne fiasko, a robi się już naprawdę zimno. Mnie w takich sytuacjach zazwyczaj łapie głupawka, chęć na śpiewanie, gadanie, skakanie, rzucanie kamieniami, malowanie obrazów czy sadzenie ziemniaków co niestety nieczęsto spotyka się z aprobatą ze strony Kasi. Tym razem byliśmy jednak tak naładowani dobrą energią dzięki Panu Ze Stacji, że chyba nawet się nie pokłóciliśmy. 🙂

22

No i jak to u nas – chwile ciężkie przeplatają się z chwilami fajnymi. Raptem po kilku godzinach prób udało nam się zatrzymać ciężarówkę. I to jaką! Taką prawdziwą, amerykańską! Byliśmy w szoku jak wygląda kabina takiego olbrzyma, tam można by spokojnie zrobić imprezę na 10 osób! W środku wieża stereo, mikrofalówka, pewnie nawet mini tor do kręgli by się znalazł. Kierowcą okazał się bardzo sympatyczny Pan Chilijczyk, który poopowiadał nam o tym jak wygląda jego zawód, a że jest to temat bliski naszym sercom (pozdrawiamy Tatusiów) to z wielką chęcią słuchaliśmy. Za oknem biegały wspomniane strusie, wikunie i inne cudaczne stwory, zachodziło słońce, a my pokonywaliśmy kolejne setki kilometrów…

…o czym teraz już NAPRAWDĘ wkrótce. 🙂

25

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s