Argentyna: Autostopem do lodu

IMGP4814

Nie planowaliśmy wizyty w Colón. Szczerze mówiąc, to nawet nie wiedzieliśmy, że taka miejscowość istnieje. Okazało się jednak, że to właśnie tu spędzimy Wielkanoc. Wszędzie dobrze, byle dalej od urugwajskich cen! Chociaż argentyńskie też nie należą do najniższych. Stać nas było jednak na burgery, oczywiście z jajkiem, którym zgodnie z tradycją postanowiliśmy się podzielić. 😉

IMG_20180331_231208

Poza tym market Dia przygotował specjalnie na nasz przyjazd wielkanocną promocję: kup dwa litrowe piwa, a trzecie dostaniesz gratis! Tak, wpis na blogu bez informacji o piwie byłby niczym, utonąłby w odmętach Internetu, byłby nie do znalezienia w wyszukiwarce, a te 30 osób, która nas czyta wiedziałoby już, że zostaliśmy porwani i tajny znak-szyfr został przekazany.

IMG_20180401_160501

Chodząc po miasteczku w poszukiwaniu taniego campingu mogliśmy obserwować argentyńskie tradycje wielkanocne. Mają one postać autobusów obwieszonych lampkami i dudniącymi muzyką głośnikami, kurczaczkami tańczącymi w rytm reggaetonu i wielkimi pisankami widocznymi na sklepowych witrynach. Czuliśmy się jak w domu. W domu wariatów.

IMG_20180401_111637

Campingi w Colón okazały się być drogie, a cen nie zmieniał nawet fakt, że to ostatnie 2-3 dni sezonu i po świętach wszyscy zwijają interes. Najtańszy, jaki udało się znaleźć, wyniósł nas 400 pesos (ok. 60zł) za dwie noce. Komary i mrówki w cenie, ciepła woda na szczęście też. Żeby było śmieszniej: płaci się osobno za namiot i za każdą osobę. Czyli chyba można rozbić namiot i w nim nie spać lub spać bez namiotu, co wydaje się bardzo logicznym i godnym geniuszu rozwiązaniem. Wspomnę tylko, że właśnie tutaj miała miejsce moja pierwsza w życiu rozmowa w języku hiszpańskim, która składała się może z pięciu słów, ale nawet zrozumiałem odpowiedź, więc byłem z siebie bardzo dumny. Rozkładając nasz dom na ośmiu śledziach nocną porą, nie zwróciliśmy uwagi na drobny szczegół – jako jedyni zrobiliśmy to na środku polany, więc rano obudził nas skwar i pot płynący po większości ciała. Postanowiliśmy więc, że nie będziemy się przestawiać, bo może i w namiocie piekarnik, ale za to przynajmniej drogo i niewygodnie.

IMG_20180402_102435

Czas w Colón to jedzenie, picie, leżenie na plaży oraz wieczorne spacery, czyli psychiczny oraz fizyczny odpoczynek po Urugwaju oraz przygotowanie przed, jak się słusznie spodziewaliśmy, ciężkim etapem podróży, którym jest dotarcie do Ushuai. Raz nawet trafiliśmy na nocną techno imprezę, ale mimo naprawdę dobrze grającego DJa, lokersi nie potrafili się bawić tak jak się do tego przyzwyczailiśmy. 😉 Płacząc nad stanem naszych finansów, postanowiliśmy zostać jeszcze jedną noc, tym razem jednak na dziko i okazało się to być super decyzją, ponieważ znaleźliśmy bardzo eleganckie miejsce w lasku, przy samym brzegu rzeczki, rozpaliliśmy ognicho, było klimatycznie i przede wszystkim za darmo!

IMG_20180402_133124
IMGP4755
IMGP4747

Odpoczęli? No to w drogę! Kilka kilometrów przez miasto i już stoimy w upale na poboczu. Dość szybko udało nam się złapać pierwszego stopa, bardzo miła odmiana! W środku siedział Pan Indianin z dwójką ludzkich pasażerów i kilkudziesięcioma komarzymi. Podrzucił nas kilka kilometrów dalej na stację benzynową i po chwili staliśmy z wyciągniętymi kciukami na poboczu wielopasmowej drogi. W planach mieliśmy jechać na południe i dotrzeć w jakiś sposób do Mendozy, żeby zwiedzić tamtejsze sławne winnice. Plany nasze jednak niespodziewanie uległy zmianie, a stało się to za sprawą kierowcy najdziwniejszego stopa jakim kiedykolwiek jechaliśmy. Zaczęło się tradycyjnie: hamulec, zatrzymanie się 100m od nas, bieg Kasi, rozmowa z prowadzącym… Ta rozmowa była inna niż wszystkie.

– Dzień dobry, dokąd pan jedzie?

– Potraficie prowadzić?

– Yyy… tak…?

– To wsiadajcie.

I zwolnił mi miejsce za kierownicą. Ale Panie Kochany, my nie mamy prawa jazdy, to znaczy mamy, ale zostało w Polsce! Ale jak to nic nie szkodzi? Przecież tu co chwilę są policyjne kontrole! Aaa, będziemy się przesiadać, no tak, oczywiście, skoro Pan mówisz, że nie na wszystkich trzeba to dobrze, mam nadzieję, że wiesz Pan, co Pan robisz. I pojechałem. Okazało się, że kierowca jechał z Brazylii i już ledwo się trzymał, a jego współtowarzysz niestety z obsługą samochodu miał tyle wspólnego co ja z maturą z chemii, czyli wiedział, że coś takiego istnieje. Planowali dotrzeć do Neuquén, czyli ni w ząb nie po drodze do Mendozy, ale za to bardzo po drodze do El Calafate. Cóż, szkoda nie wykorzystać takiej okazji, wszak nie codziennie łapie się stopa na 1400 kilometrów! Zdecydowaliśmy się więc na wspomnianą zmianę planów i ruszyliśmy naszym bolidem (bez tylnej bocznej szyby, trochę wiało przez folię, na szczęście nie nam) w długą drogę, której większość (ok. 1000 km) jako kierowca pokonałem ja.

IMG_20180403_153447

Najpierw jednak miałem okazję obserwować bardzo nieeuropejski styl jazdy naszego dobrodzieja. Na autostradzie trzymał się maksymalnie metr od zderzaka samochodu będącego przed nami, oczywiście jadąc co najmniej 120 km/h. W Ameryce Południowej jest to normalne, nikt złośliwie nie daje po hamulcach i nie spotkaliśmy się z chamstwem na ulicach. Raczej z głupotą i bezmyślnością, na przykład wtedy, kiedy 3 minuty po moim debiucie za kółkiem samochód z pasa obok postanowił wjechać na mój, nie patrząc w lusterko. Taka Ameryka, co poradzić! Widoki podczas jazdy były piękne, dzika natura to bardzo fajne okoliczności do prowadzenia. Zdarzały się też niestety widoki smutne, jak szczeniak próbujący ‘obudzić’ swojego potrąconego przez samochód brata leżącego na ulicy. I przez to, najprawdopodobniej, on też później zginął…

IMG_20180405_135336

Dotarliśmy do Neuquén o 6 rano, ja ledwo żywy, no ale kurde, przejechałem 1000km po Ameryce bez prawa jazdy! 😀 Kontrole drogowe rzeczywiście albo nawet nie chciały ode mnie dokumentów, albo w ogóle nas nie zatrzymywały, a przed tymi ‘groźniejszymi’ się zmienialiśmy. Czyli nie skończyłem w więzieniu! Z tej radości postanowiłem przespać się chociaż ze dwie godziny na stole na stacji paliw. Mapa pokazywała nam w okolicy kilka kempingów, więc humory dopisywały, pogoda również – cóż mogło pójść źle?

Oczywiście, że mogło, a skoro mogło to i jasnym jest, że poszło. Wszystko. Kempingi były, jak najbardziej, ale jeden zamknięty, drugi dostępny tylko dla socios jakiegoś klubu rekreacyjnego, a trzeci był z kolei również zamknięty, bo przecież koniec sezonu, a do tego nawet w sezonie dostępny tylko dla klubowiczów, czyli kumulacja. W plenerze też nie było gdzie się rozbić, utwierdzały nas przy tym błąkające się, nieprzyjazne psy oraz policja pytająca czy nie zabłądziliśmy. W ramach pocieszenia matka natura przytuliła nas do swej piersi i pieścić nasze piękne ciała zaczęły tumany piachu unoszone przez wichurę. Warunki bojowe, nie ma co, do zmęczenia w pakiecie bród i głód. Na Couchsurfingu ratunku niet, w okolicy oczywiście żadnego hostelu, a najtańszy znaleziony na bookingu kosztował… 130zł za noc! Nawet wliczone śniadanie i niedziałający Internet nie rekompensowały tej ceny, więc zdecydowaliśmy się skorzystać. 😉 Chociaż nie ma co płakać krokodylimi łzami to przyznam, że z żalu skowyczałem jak hiena nad Pilicą. Czasem tak bywa, że trzeba przełknąć gorzką pigułkę i to niestety taką, która nie daje szczęścia. W ramach rekompensaty zjadłem na śniadanie z 6 rogalików i wypiłem 2 herbaty, a co, niech sobie nie myślą! 😉 Jednym z niewielu plusów Neuquén jest to, że po dwugodzinnych poszukiwaniach udało nam się znaleźć sklep turystyczny, w którym kupiliśmy gaz do kuchenki turystycznej, a kolejnym to, że udało nam się szybko wydostać z miasta. Po drodze spotkaliśmy bardzo miłego i pomocnego Węgra, który udzielił nam wskazówek wyjazdowych, a ja dzięki wizycie w Budapeszcie kilka lat temu (pozdrawiamy Anię L.) mogłem popisać się biegłą znajomością języka węgierskiego i użyć go recytując znaną i lubianą fraszkę (?) ‘Węgier, Polak, dwa bratanki…’. ;D Nasz Laszlo (czy jakkolwiek miał na imię) zaskoczył nas opinią, że na Węgrzech żyje się bardzo dobrze i ogólnie jest fajnie. Miło posłuchać kogoś, kto nie narzeka na swój kraj, chociaż sami niejednokrotnie (uważam, ze nie bez powodu) to robimy. W ogóle Węgrzy i Czesi to zajebiści ludzie, obyśmy spotykali i poznawali ich jak najwięcej!

IMG_20180405_155048

Jesteśmy! Kolejna wylotówka, Bariloche już tak blisko! Jeszcze tylko megawielka kanapka zjedzona w barze dla kierowców, szybkie zimne piwko (to nasz talizman przy łapaniu stopa – naprawdę działa!), spisanie przez kolejnego policjanta (zrobił telefonem zdjęcia naszych paszportów, podobno to standardowa procedura bezpieczeństwa) i już prawie stoimy przy drodze. O, a co to jest?

IMG_20180405_145533
IMG_20180405_140512

Dwa noże wbite w ziemię niczym dwa nagie miecze! Pewnie nie ucieszylibyśmy się z tego widoku tak mocno gdyby nie fakt, że oba nasze noże dopiero co zgubiliśmy i ze sprzętów do krojenia to nam została tylko minipiła. To był znak, że wszystko będzie dobrze! W dodatku to właśnie tu pierwszy raz poczuliśmy, że łapanie stopa nie sprawia nam kłopotu (pozdrawiamy Kłopota), a nawet zaczęło być fajne! Taki kamień milowy w naszej podróży, od tamtej chwili autostop to było coś zupełnie innego. Dosyć szybko złapaliśmy samochód, który podrzucił nas na jedyną drogę do Bariloche, a po chwili jechaliśmy starszym Volkswagenem ze starszym małżeństwem dokładnie tam, gdzie chcieliśmy się znaleźć. Podróż umilała nam muzyka, a konkretnie dwa utwory – jeden leciał przez dwie godziny, a drugi też leciał przez dwie godziny. Nie, nie na zmianę. Piękne, górskie krajobrazy zaczęły powoli znikać w mroku nocy, jeszcze tylko krótka drzemka i oto jesteśmy. Szybkie pożegnalne fotki i uściski, ach, Argentyńczycy są wspaniali!

IMG_20180405_210235

Jak tu ładnie, jak tu turystycznie, jak tu… zimno i drogo! Brrr! Jak my przeżyjemy na kempingu? Może dogrzewać nas będzie myśl o cenie hostelu w Neuquén, o taaak, już cieplej! Jeszcze tylko kawałek autobusem i jesteśmy… to tu? Aaa, tylko kawałeczek pod górkę i…

CERRADO

Tabliczka z tym krwiożerczym słowem uderzyła nasze oczy. No tak, przecież skoro ostatnio nie udało nam się znaleźć kempingu to wiadomo, że teraz też może się nie udać!

– Wiesz co, Kasia? Pieprzyć to, tu obok jest hotel, nawet podobno ma ***, kosztuje 80zł, jest śniadanie, a w dupie ze wszystkim, nie będziemy się narażać na zapalenie płuc, tym bardziej, że pewnie i tak nie znajdziemy żadnego czynnego kempingu, a jeśli znajdziemy to i tak nie wiadomo czy nie będzie drogi! Odkujemy się… no, kiedyś tam się odkujemy!

IMG_20180406_151820

Ciepłe, wielkie i wygodne łóżko było tego warte. Zostaliśmy na trzy dni, baza wypadowa całkiem niezła, bo poza drogim centrum miasta, a obok przystanek i sklepik, w którym można kupić jedzenie nie bankrutując przy tym. Na osobne zdanie zasługuje również Pan Sprzedawca, który okazał się numizmatykiem (wyślemy mu kolekcję polskich monet, o ile… nie zgubiliśmy adresu. :/) oraz metalowcem, więc na jego zmianie w sklepiku radośnie przygrywały szatańskie dźwięki.

IMG_20180407_152513
IMGP4771
IMGP4804
Vamos!

Obkupieni, wypoczęci i z problemami żołądkowymi (Nie pijcie wody z kranu i strumyków, zaprawdę powiadam Wam! Nie wiem co nam odbiło…) udaliśmy się, żeby rzucić okiem na piękne, polodowcowe jezioro Lago Escondido i okolicę. Pochillowaliśmy sobie, pochodziliśmy po lasach, pooglądaliśmy wodospady, a wszystko to z nadzieją, że uda nam się uniknąć pumy i innych stworów. Udało się.

IMGP4857
IMG_20180407_135405
IMG_20180407_135209
IMGP4796

Nasza rzadka choroba niestety odrobinę pokrzyżowała nam plany, a do tego czas gonił (a mieliśmy tego unikać! Nie da się, 4,5 miesiąca to ZDECYDOWANIE za mało na Amerykę Południową), więc nie nacieszyliśmy się górskimi widokami tak, jak powinno się to zrobić, niemniej jednak wypad w te rejony gorąco polecamy, tym bardziej, że miastem partnerskim Bariloche jest Zakopane! Dlaczego tym bardziej? Nie wiem.

IMGP4866
IMGP4860

A wyjazd z miasta i podróż w kierunki El Calafate to już początek kolejnej historii…

IMGP4837

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s