Urugwaj: Może nie wyglądamy, ale nie jesteśmy zamożni

IMG_1831

Ale fajnie! Jedziemy do tańszego kraju niż Argentyna! Kto i dlaczego wcisnął nam taki kit? Czy może sami sobie coś ubzduraliśmy? Niemniej jednak, po wyjściu z autobusu w Montevideo zobaczyliśmy, że stać nas na bagietkę. Na bogato, bo z dżemem.

IMG_20180320_142541

W każdym razie, o tak wykwintnym posiłku mieliśmy wytrzymać do popołudnia, bo ok. 17 kończył pracę nasz host, Rodrigo. Wiele osób nam mówiło, że Montevideo jest nudnym miastem i nie ma kompletnie nic do zobaczenia. Guzik! Gdyby nie ceny, zostalibyśmy tam na dłużej. Miasto jest bardzo europejskie, tzn. czyste (a to cud w Ameryce Południowej) i ciekawe architektonicznie. Nie czuło się tu wpływów typowej Ameryki Południowej.

IMGP4500
IMG_20180321_152252
IMGP4535

Zbliżała się godzina 15, więc z urugwajską kartą, jak te króle, zamówiliśmy Ubera w okolice mieszkania Rodrigo. Postanowiliśmy, że poczekamy w kawiarni i wypijemy kawę (tak, jedną, bo za tę cenę mielibyśmy 2 średnie w Starbucksie). Tu nagle kontakt z Rodri się urwał. Nieco zaniepokojeni piszemy do niego czy wszystko w porządku itp. Za pół godziny dostajemy wiadomość: „Wszystko w porządku, uciąłem sobie drzemkę i zaspałem!!! Już do Was idę!!!”. Już go polubiliśmy. 😀 Kiedy wprowadził nas do mieszkania, przeżegnałam się nogą. Niektórym z Was znane są moje standardy czystości, więc łatwiej będzie zrozumieć moją bolączkę. W czasie podróży byłam w stanie wiele znieść, np. brak łazienki przez 3 dni, nie umycie rąk przed robieniem jedzenia, ale mieszkanie Rodri to istne kokodżambo. Mieszkanie wyglądało jakby nigdy nie widziało odkurzacza albo kobiety. Dobra, ważne, że mieliśmy łóżko! Super wygodne łoże małżeńskie w oddzielnym pokoju, no miodzio!

IMG_20180321_152653

– Tu jest wasz pokój. Ostatnio gościłem 2 osoby ze Szwajcarii na tylko dwie noce, więc pościel jest czysta.

Kurtyna.

Rodri bardzo szybko nadrobił osobowością ten „nieład” w mieszkaniu. No mega gość! Od razu zostawił nam klucze do mieszkania, zostawił Netflixa i tak żyliśmy długo i szczęśliwie. Następnego dnia Rodri przyprowadził dziewczynę. Nie jego dziewczynę, tylko po prostu dziewczynę. Jedną z wielu. 😀

Urugwaj to jedyny kraj w Ameryce Południowej gdzie marihuana jest całkowicie legalna. I świetnie, bo nie kwitnie podziemie, towar przebadany i jakość bardzo dobra. Podobno. 😉 W związku z tym przedostatni wieczór spędziliśmy baaaaardzo wesoło. A Rodri i jego opowieści połączone z  jedyną w swoim rodzaju mimiką doprowadziły mnie do płaczu (oczywiście ze śmiechu).

Czyste ubrania się skończyły, więc pytamy Rodrigo gdzież to ma pralkę. Z rozkosznym uśmiechem wskazał nam pudło stojące w naszym pokoju. Podeszliśmy z Markiem jak te ciekawskie koty – powoli, z pewną dozą nieśmiałości, bo chyba nie zrozumieliśmy żartu. Hm, no pralka była, owszem. W pudle. Otóż nasz rozkoszniak kupił pralkę i nie zmierzył jej przed zakupem i do łazienki w ogóle się nie mieści. 😀 Nasz Amigo polecił nam pralnię naprzeciwko. Chyba jednak zapomniał, że on pracuje w stoczni jako inżynier, a my jemy zupki chińskie i bagietki z dżemem. Woreczek prania kosztował nas sporą część dziennego budżetu, tj. 40 polskich złotych. Matkoboskoczęstochosko.

IMGP4532
IMGP4510
IMGP4508

To, co nas załamało to niemal absolutny brak streetfoodu. Już nie ze względu na ceny, ale żeby poczuć tę Amerykę – w efekcie czuliśmy się jak Barcelonie. Ostatniego dnia wyszliśmy na poszukiwania taniego supermarketu, co by się przygotować do trasy. Wychodząc z mieszkania spotkaliśmy Rodrigo, który podjeżdżał pod blok:

– Chicos! Wyszedłem wcześniej z pracy, żeby Wam pokazać miasto i zachód słońca.

Toż to cud nad cudem! Kochamy takich ludzi. I tak spędziliśmy ostatni dzień z loco Rodrigo.

IMG_1826

Kolejnego dnia mieliśmy dostać się na wylotówkę. To było jedyne 100 przystanków do przejechania i godzina spóźnienia autobusu, dzięki czemu byliśmy zmuszeni rozbić namiot na plaży nim złapie nas noc. To był świetny wybór! Znaleźliśmy miejsce gdzieś na wydmach, schowane w drzewach, a przed nami morze. Marek-piroman po prostu musiał zrobić ognisko. No musiał i już. To był fantastyczny wieczór… piwko przy ognisku, muzyczka cichutko brzdękała z głośnika, a obok nas leżała nasza czworonożna amiga, Berta. Skąd wiadomo, że Berta? Otóż około godziny 23 ktoś zaczął nawoływać w ten sposób i zareagowała. Musiałam ją siłą wypchnąć z naszego obozowiska, nie chcieliśmy, żeby ktoś się martwił. Cóż to była za radość, kiedy przyszła do nas rano i zaczęła radośnie lizać moje stopy wystawione z namiotu! 😀

IMG_20180324_120016_956

Rano, po złożeniu namiotu, w końcu udaliśmy się na wylotówkę i tu się zaczęło. W sumie nic konkretnego się nie zaczęło. Zaczęło się jedynie czekanie. Tak długo to nigdy nie łapaliśmy stopa. NIKT nie miał najmniejszej ochoty się zatrzymać. I tu spełniło się nasze marzenie. Po raz pierwszy jechaliśmy pick-upem na pace! I to 30km. 😀

IMG_20180324_210459
IMG_20180324_210532

Standardowo robiło się ciemno, więc szybki look na mapę, gdzie to się udać blisko wody i w drogę. Kiedy doszliśmy do plaży, nasze marzenia o rozbiciu namiotu zostały zdmuchnięte przez szalejący wiatr. Było ciemno, zimno, nieprzyjemnie i byliśmy zmęczeni. Na domiar złego, w tym samym momencie, dostaliśmy piaskiem po buzi. To był jasny znak, że tej nocy nie będziemy spać na plaży. Stwierdziliśmy, że znajdziemy „ten zielony plac” na mapie i to właśnie tam rozbijemy namiot, choćby nie wiem co! Naszym oczom ukazało się miejskie pole campingowe.

IMG_20180325_120925

Miejskie, bo bez wody i prądu, czyli śpij sobie człowiecze, jeśli tego nie potrzebujesz. Podeszliśmy, zapytaliśmy tutejszych czy możemy się rozbić i zostaliśmy przyjęci z otwartymi ramionami. Wytłumaczyłam naszą sytuację, że zastała nas noc, że tu ciężko o łapanie stopa i potraktowali nas jak swoje dzieci. Dali baniak wody do mycia (dla czytających to pewnie nic, ale wtedy dla nas to było jak przyłączenie do stada), bez najmniejszego problemu pozwolili skorzystać z prądu, a nawet zaprosili na wino, ale tu już podziękowaliśmy, bo byliśmy jak dętki. Następnego dnia chwilę z nimi porozmawialiśmy i okazało się, że tak sobie przyjeżdżają na cały sezon. Jedna pani była rozkoszna mówiąc:

– No, to od razu słychać, że jesteście z Europy, bo angielski z Europy jest zupełnie inny, niż z Ameryki.

Nie wyprowadzałam pani z błędu, że w Polsce mówimy po polsku i język, którym porozumiewam się z Markiem, to język polski. Oczywiście podczas pożegnania wszyscy zapewniali, że jeśli będziemy tędy wracać to mamy tu miejsce. Takie sytuacje napawają niesamowicie dobrą energią. I znowu w drogę… I znów stanie i marzenie, że ktoś się zatrzyma.

IMG_20180325_214252

Po około 2 godzinach stania na drodze zatrzymała się młoda dziewczyna, która, jak sama wspomniała, zawsze się zatrzymuje, kiedy ktoś łapiąc stopa, skacze i błaga o zatrzymanie się. Tak, właśnie w ten sposób to robiliśmy. 🙂 Poskutkowało. Dojechaliśmy niezbyt daleko, bo ok. 15 km, ale zawsze do przodu. I tu, w Pan de Azucar, jedliśmy najlepsze tarty na świecie. Oczywiście zapłaciliśmy jak za zboże, ale było warto!  Ostatnim samochodem był znowu pick-up! Znów paka! Było już mocno popołudniu, powiewało chłodkiem, więc jazda nie należała do najprzyjemniejszych. Zostaliśmy wysadzeni pośrodku niczego. Oczywiście dalej próbowaliśmy łapać, ale na nic nasze próby.

IMG_20180325_232849

Nie pozostało nic innego jak iść w kierunku wody. I tak szliśmy wąską szosą jakieś 15 km pod osłoną nocy, bez cywilizacji i szans na rozbicie namiotu w normalnych warunkach. Marek był zmęczony i głodny. Ja do tego wszystkiego byłam przerażona. Bo noc, bo ciemno, bo krzaki, bo dziwne szelesty. Po prostu moja wybujała wyobraźnia. Nagle spojrzałam do góry i zmęczonym głosem szepnęłam do Marka:

– Spójrz!

Wyłączyliśmy latarki i czołówki, i wlepiając wzrok w niebo oglądaliśmy pierwszą w życiu tak wyraźną drogę mleczną. Ta noc była tego warta.

Próbowaliśmy łapać stopa „po ciemku”, tzn. Marek mnie oświetlał latarką, a ja stałam z włączoną na czerwono czołówką. Też nic nie pomogło. W końcu zbliżyliśmy się do punktu docelowego. Osobiście zamarłam jak zobaczyłam przez co mamy przejść. Trasa prowadziła przez pola, bez latarni. Na dodatek po lewej stronie drogi ukazał nam się budynek, który wyglądał jak opuszczony kościół. Chyba nie muszę dodawać co i gdzie czułam. Nie było wyjścia, trzeba było gdzieś spać. Nie wiedziałam, której strony się trzymać, bo z każdej czaiło się zło. Mam taką zasadę: jeśli Marek się czegoś przestraszy, to znaczy, że trzeba spieprzać.

– O Jezus Maria! Co to?! – Tak Marek wyraził swoje zdziwienie i zaniepokojenie jednocześnie na widok czegoś dużego poruszającego się w krzakach. Tak blisko nieba nigdy w życiu nie byłam. Tym czymś okazały się krowy, które po podświetleniu latarką wyglądały jak maski gości ze Slipknota! Czy choć jedna osoba może sobie wyobrazić co czułam tamtej nocy?!

Okazało się, że do wody, czyli miejsca docelowego, było zbyt daleko i modliliśmy się, żeby kolejny strumyk na mapie nie okazał się wyschniętym korytem. Na szczęście dotarliśmy do bramy czyjejś posiadłości. Co prawda do samego domu daleko, ale na wszelki wypadek zapytaliśmy nadjeżdżający samochód czy możemy się rozbić. Moja radość nie miała końca, kiedy mogliśmy się umyć i położyć w namiocie. To znaczy, gwoli ścisłości, to „mycie” z prawdziwą kąpielą niewiele miało wspólnego.

Kolejny dzień, kolejna tułaczka i kolejne modlitwy o stopa. Szliśmy tak długo i tak daleko, że wpadliśmy w trans. Każde z nas było mocno skupione na swoich przemyśleniach. Na ten czas zapomnieliśmy o głodzie, pragnieniu czy ciężkich plecakach. Cisza nas nudzi, więc wymyśliliśmy grę: „Co byś zjadł(a)?”. I tu padały propozycje polskiego, niedzielnego obiadu. Dzięki tej grze przeszliśmy jakieś 2 km w naprawdę miłym akcencie. Pragnienie zaczęło coraz bardziej doskwierać i nagle naszym oczom ukazał się budynek z szyldem Coca-Coli. To było jak oaza!

IMG_1882

Oczywiście najpierw zamówiliśmy zimne piwo, które było dla nas jak kroplówka. Później, na bogato, wjechała pizza. Tak, po ciężkich 3 dniach zasłużyliśmy na to. Pani sprzedawczyni podpowiedziała nam, że niemal spod sklepu odjeżdżają autobusy do Barra de Valizas. Stwierdziliśmy, że dalsza męczarnia nie ma sensu, bo w ten sposób dotrzemy za 3 dni do Cabo Polonio. Najedzeni i napojeni wsiedliśmy do (cieplutkiego!) autobusu i tak za 3 godziny znaleźliśmy się w miejscu, w którym planowaliśmy być 3 dni temu.

IMGP4565
IMG_20180328_181950

Znaleźliśmy camping marzeń, czyli przystępna cena (jak na Urugwaj) i bardzo miły i nieustannie uśmiechnięty/zjarany właściciel. 😀 W końcu mogliśmy się umyć jak ludzie! Po takich ciężkich dniach człowiek docenia co ma na co dzień. Niezwykle radośni z powodu dotarcia na miejsce, padliśmy w namiocie jak muchy. Wczesnym rankiem koło południa wybraliśmy się na rekonesans okolicy. Miasteczko żywcem wyjęte z Ilha Grande! W powietrzu czuło się mega luźny klimat.

IMGP4612
IMGP4603
IMGP4570

Wiem, znowu o cenach, ale o Urugwaju się nie da inaczej! No drogo jak jasny gwint! Pozostało nam kombinować jakie to pyszności można zrobić z makaronu, jajek i parówek. Dokupiliśmy sos pomidorowy i jak ten Okrasa zaczęliśmy gotować. Ach! Nie dodałam najważniejszego, otóż nasz camping miał bardzo ważną funkcję – chilling. W strefie chillu znajdowały się hamaki. Było ich tak dużo, że można było zmieniać miejsce wraz z położeniem słońca. I tak spędziliśmy 3 dni w Barra de Valizas.

IMGP4591
IMG_20180327_152206
IMG_20180327_110826

Każdy szanujący się Urugwajczyk – podobno – maszeruje przez plażę i wydmy do Cabo Polonio. Jest to swojego rodzaju pielgrzymka, którą musi odbyć raz w życiu. Wtedy i my byliśmy Urugwajczykami, wybraliśmy się na 4-godzinną marszrutę. Zanim jednak dotrzesz do miejsca, z którego możesz spokojnie zacząć wędrówkę, musisz pokonać rzekę. Nie mieliśmy pojęcia, że ta rzeka ma różne poziomy i można ją przejść z wodą do pasa, więc wzięliśmy najdroższą łódkę w życiu i tak pokonaliśmy 30 sekund drogi, by dostać się na drugi brzeg.

IMG_20180329_134440
IMG_20180329_135055

Po wydmach, po piaskowo-kamienistych wzgórzach i po gorącym jak ognie piekieł piasku dotarliśmy do plaży, czyli ostatnia prosta do Cabo Polonio. Trasę wyznaczała nam ilość fok mijanych po drodze. Martwych fok. Przez 2 godziny wędrówki naliczyliśmy ich około 20-stu. Były różne, od całkiem świeżych do takich co nie mają już oczu bądź zostały same kości.

IMG_20180329_150527
IMG_20180329_142429
IMG_20180329_152103
IMGP4662

Dotarliśmy!!! Z uśmiechami i opalenizną budowlańca obeszliśmy wioskę w poszukiwaniu lepszego jutra dla nas, ale jutro w Urugwaju nigdy dla nas nie nadeszło. Stanęliśmy w kolejce po bułki z kiełbasą, które po tak męczącej wędrówce, pachniały wyśmienicie. Aż tu z nagła pan sprzedawca, z nagła, znad grilla, zaczyna nam rzucać nazwiska polskich reżyserów: Wajda, Polański, Kieślowski! I tu element tragi-komiczny, bo ucieszony Marek chciał zbić żółwika z panem… i owszem, zbili, ale pięść pana sprzedawcy dość mocno odbiła się od pięści Marka, dzięki czemu pan przybił sobie żółwika w oko. Straszno i śmieszno.

IMGP4671
IMGP4699
IMGP4678

Jak dla mnie Cabo Polonio nie różniło się kompletnie niczym od Barra de Valizas. Oh, pardon! Na Cabo Polonio nie ma prądu. To znaczy są słupy, ale wszyscy korzystają z generatorów. Nam nic z tych rzeczy nie było potrzebne, a jedynie kawałek trawy i odrobina niesłonej wody do mycia 😀

IMGP4726

Drogę powrotną obraliśmy już zupełnie inną, bo przez las i była o wiele przyjemniejsza. Mijaliśmy dużo terenów ogrodzonych drutem, więc w obawie przed spotkaniem się ze „ślepą uliczką”, postanowiliśmy zapytać jednego pana, który rąbał sobie drewno, czy trasa która idziemy to ta właściwa. Oprócz wskazówki poprosiliśmy czy napełni nam butelkę. Napełnił, owszem, ale wodą ze studni. Spragniony to i z kałuży się napije, a ku naszemu zdziwieniu nic nam nie było. Tym razem przeszliśmy przez rzekę. To znaczy nie było już innej możliwości, bo nie mieliśmy grosza przy duszy. Mareczek zmoczył plecak jedynie do połowy, razem z matą i śpiworem. Po powrocie do naszego hippie-campingu ogarnęliśmy rzeczy i bilety do Montevideo, by stamtąd udać się z powrotem do Argentyny i spędzić Wielkanoc przy piwie.

IMGP4636

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s