Argentyna: Niebezpieczny kraj cudownych ludzi

IMGP4351

Granicę paragwajsko-argentyńską przekroczyliśmy żwawym krokiem i w dobrych humorach, tym razem z kompletem niezbędnych pieczątek. Wskoczyliśmy do autobusu, który wywiózł nas kawałek za miasto i nawet całkiem szybko udało nam się złapać stopa, co nie zawsze jest takie proste, gdy łapie się w trójkę.

W Formosie rozdzieliliśmy się z Monicą i dalej podróżowaliśmy już sami. Dosyć sprawnie udało nam się dotrzeć do Resistenci, a w drodze pierwszy raz mieliśmy okazję spróbować prawdziwej mate. Pije się ją z jednej bombilli i jednego kubka, który przekazuje się kolejnej osobie, co jest znakiem zaufania i przyłączenia do stada. 🙂 Do tego, jeśli jesteś nieuważny, parzy mordę jak zła.

IMG_1677

Na miejscu czekał na nas nasz pierwszy argentyński host – Cesar – wraz ze swoim przyjacielem, Jorge. Okazali się być niesamowicie przyjaznymi i wesołymi chłopakami! A do tego mieli w domu działającą pralkę, co nie zawsze jest standardem, a zawsze wprawia nas w dobry nastrój. 😉 Wieczorem Cesar przygotował dla nas milanesę, czyli bardzo popularne w tej części świata kotlety w panierce, a Jorge uraczył, nie zgadniecie, piwem. Pojechaliśmy również na nocną wycieczkę rowerową po mieście umilając sobie czas ciągłymi rozmowami. Odganiając się od bezustannie atakujących nas komarów dyskutowaliśmy o problemach naszych krajów, gospodarce, ekonomii, zwyczajach, (oczywiście) piłce nożnej, wymienialiśmy się muzyką, a Jorge nawet dał nam koncert acapella! Chłopakom wyjątkowo spodobało się też jedno polskie słowo – gastrofaza. 😀 Wracając jeszcze do ekonomii – Argentynę pożera ogromna inflacja, przez co panuje bardzo duża bieda i jest niebezpiecznie. Uprzedzając fakty:  nam na szczęście nic złego się nie stało.

IMG_1669
IMGP4307
IMGP4327

Pożegnanie było smutne, bo bardzo zżyliśmy się przez te 2 dni i mamy nadzieję, że nasi dobrodzieje będą mieli kiedyś okazję odwiedzić Polskę! Wsiedliśmy do autobusu, żeby udać się na kolejną wylotówkę, i…

…oczywiście pomyliliśmy autobusy. Wyjechaliśmy na totalny wypizdów w zupełnie inną stronę niż chcieliśmy. 😀 Zdarza się. Bo komu, jak nie nam?! Na szczęście dość szybko udało się wrócić na właściwe tory i mogliśmy rozdawać lajki kierowcom jadącym w słusznym kierunku.

IMG_20180309_085112

I nagle zatrzymał się on. Z pozoru niepozorny, ale cóż to był za gość! 😀 Prawnik z buntowniczą przeszłością, który opowiadał, że kiedy był młodszy to chodził na rozprawy w dreadach i kolczykach. Ciekawe czy w Polsce coś takiego by przeszło? Przez dobrych kilka godzin zagadywał Kasię, a kiedy już bidulka nie miała siły to bombardował nasze uszy zdecydowanie za głośną muzyką.

– A znacie Despacito?

To stało się naszą klątwą. W niemal KAŻDYM samochodzie, którym jechaliśmy wcześniej i później, słuchaliśmy Despacito. Nawet teraz, pisząc te słowa, gdzieś w odmętach czaszki słyszę te charakterystyczne, demoniczne dźwięki. Zdarzają się jednak gorsze rzeczy – Daniel w czasie drogi odebrał telefon z informacją, że jego tata umiera w szpitalu. Chyba był na to przygotowany, niemniej jednak zrobiło nam się bardzo smutno. Niedaleko Santa Fe nasz prawnik zostawił nas przy bramce kontrolnej i nawet stanął z nami na chwilę przy drodze i próbował łapać kolejnego stopa! Niemożliwy gość, którego na pewno zapamiętamy na długo. Właśnie, bramki kontrolne. Argentyna jest nimi usiana, czasem co kilkadziesiąt kilometrów stoją patrole policji, które sprawdzają dokumenty i przeszukują podejrzane samochody, a wszystko przez to, że droga nr 11 to wielki szlak przemytniczy, którym szmugluje się głownie kokainę i marihuanę. Na szczęście nie wyglądamy chyba na przemytników, bo znów całkiem szybko udało nam się złapać samochód, który podrzucił nas na obwodnicę miasta.

IMG_20180309_163004

A stamtąd to już łatwo – godzinka drogi na pieszo, w upale, z naszymi ukochanymi głazami zwanymi plecakami. No i oczywiście w czasie siesty, bo jakże by inaczej! Udało nam się jednak uniknąć odwodnienia (żeby nie powiedzieć: odpiwienia), gdyż znaleźliśmy czynny przybytek serwujący zimne chmielowe. Zawsze zastanawiam się co by zrobił nasz kochany sanepid widząc takie miejsca. 🙂 Podejrzewam, że nigdy nie było tam remontu, ściany/meblościanki są gustownie oklejone starymi banknotami i gazetami, stoliki i krzesełka pamiętają wojnę secesyjną, a nad barem wisi obraz żywcem wyjęty z XIX wieku.

IMG_20180309_165405

Żeby nie było niedomówień – uwielbiamy takie miejsca za ich niepowtarzalny klimat oraz za to, że zazwyczaj spotyka się w nich ciekawych ludzi. Nie inaczej było tym razem, a jakże! Najpierw pan ze stolika obok postawił nam piwo, a później, po krótkiej rozmowie z właścicielem, okazało się, że na wspomnianym obrazie widnieje jego prababcia, która była Polką! I na koniec do baru weszła bardzo zadbana staruszka, której spodobało się moje imię i powiedziała, że nazwie tak psa, bo bardzo kocha zwierzęta. 😀 Również ona ostrzegała nas przed czającymi się wszędzie niebezpieczeństwami. To miłe, że tubylcy tak troszczą się o turystów.

IMG_20180310_133203
IMGP4354
IMGP4362

Nawodnieni i wypoczęci ruszyliśmy do domu naszego kolejnego hosta. Matias to spokojny i dość cichy gość, jednak bardzo uprzejmy, pomocny i miły. Jest lekarzem-pediatrą, a do tego biedaczek nie ma palców u prawej dłoni. Oczywiście nie pytaliśmy dlaczego, więc niech zostanie to jego tajemnicą. Mimo tej niedogodności świetnie radzi sobie z codziennymi sprawami, a do tego gra na gitarze. Może nie wybitnie, ale gra. A ja od 5 lat szukam wymówki, eh… Mati poczęstował nas shishą, pogadaliśmy sobie do późna, a dzień przed naszym wyjazdem zaproponował wspólne robienie empanad (coś jak nasze pierogi, tylko pieczone) co było super pomysłem, a do tego wyszły naprawdę pyszne!

IMGP4341
IMGP4376

Z radością zabraliśmy kilka na drogę i udaliśmy się z powrotem, tą samą trasą na obwodnicę, z planem rychłego dotarcia do boskiego Buenos! Po drodze spotkaliśmy jeszcze księdza, który próbował wymówić nazwę znanego mu polskiego miasta – Częstochowa. Nie było łatwo. 🙂 W ogóle mamy wrażenie, że w Argentynie co druga osoba ma bliższe lub dalsze koneksje z Polską, lub przynajmniej wie coś o naszym kraju. Oczywiście najbardziej znany jest Jan Paweł II, chociaż i moje nazwisko nie jest ludziom obce. 🙂

IMGP4370

Znaki na niebie (deszcz) i ziemi (martwy koliber) wskazywały na to, że nie będzie to łatwa podróż. Nieświadomie je zignorowaliśmy, na tyle na ile można zignorować deszcz… yyy, chyba coś poplątałem. W każdym razie po przejściu mostu, którego przechodzić kategorycznie nie można, cali mokrzy, przez dobre dwie godziny próbowaliśmy ustrzelić jakiś samochód jadący w kierunku stolicy. Ale gdzie tam, kto by przygarnął takie mokre kury. Desperacja sięgała zenitu, a na dodatek tym razem nie mieliśmy planu B, bo wracanie ponad godzinę do miasta raczej nie wchodziło w grę.

I wtedy zza chmur wyjrzało słońce, tak bardziej w przenośni niż dosłownie, ale zawsze. Usłyszeliśmy jak zachrypnięty anioł śpiewa nam piękną pieśń:

– Chicoooooooos! CHICOOOOOOOOOS!!!

Jest. Z 50 metrów od nas. Stoi samochód, a obok niego kobieta, która krzyczy do nas i macha. Radość trwała jednak tylko chwilkę, bo okazało się, że kobitki w ilości 2 nie jadą do Buenos, a w dodatku to nie jest najlepsza droga, żeby jechać do Buenos, a wręcz bardzo zła droga do Buenos, mimo że mapa mówiła, że to dobra droga do Buenos! Cande i Tuti jechały jednak do Rafaeli i powiedziały, że stamtąd jest całkiem spoko droga do Buenos i… wtedy się zaczęło.

Przez pierwsze minuty badały nas wzrokiem, cóż to my za stwory, czy gryziemy, czy drapiemy, czy raczej rozbójnicy, a może łotry. Chyba jednak zrobiliśmy dobre wrażenie, bo najpierw Cande zaczęła obdzwaniać swoich znajomych pytając czy ktoś nie jedzie dziś do Buenos, a kiedy okazało się, że jedzie, ale nie dziś… zaproponowała nam gościnę. No ale jak to? Byliśmy bardzo, baaardzo zaskoczeni, jednak nie mogliśmy przegapić takiej przygody. Po dwudziestu odmowach (zgodnie z polską tradycją), kolejne dwadzieścia razy upewniając się, ze nie będziemy przeszkadzać – zgodziliśmy się. I była to najlepsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć.

IMGP4386
IMGP4417
IMGP4414

Czasem zdarzają się w życiu takie chwile, sytuacje i spotkania, kiedy całym sobą czujesz, że to jest magiczne, że spotkało cię to, co mogło najlepszego. Tak bardzo cieszymy się, że nikt inny się wtedy nie zatrzymał! Czas spędzony w domu Cande i jej rodziny był właśnie magiczny. Rozmowy ciągnące się całymi dniami, wspólne gotowanie, zabawa z cudownymi dziećmi, poznawanie ich kultury i zwyczajów – to wszystko mogłoby nie mieć końca. Było tak pięknie, że aż tym razem nawet nie wypada mi wspominać o pralce! Przez 4 dni Cande i Javi razem z Mili (7l) i Emi (2l) nie tylko nas gościli – my po prostu żyliśmy razem, uczyliśmy się wzajemnie, byliśmy jak rodzina. A uczestniczyli w tym również dziadkowie, przyjaciele i rodzeństwo. Tak, wielka, głośna, argentyńsko-polska rodzina.

IMGP4479
IMGP4415
IMGP4385
IMGP4428

Nie potrafię opisać jak ogromne było to dla nas przeżycie, chociaż mógłbym o tym wszystkim opowiadać godzinami. O Cande, która jest wręcz mistyczna i ma pełne dobroci oraz miłości serce. O Javim, który tak pięknie starał się rozmawiać ze mną po angielsku, mimo szyderki ze strony małżonki, i który po prostu jest wspaniałym ojcem. O Mili, która nie spała w nocy czekając jak odjedziemy i przynosiła mi rzeczy jak pakowałem plecak, a do tego chciała dać nam 2 pesos, bo przecież jesteśmy podróżnikami (nie powstrzymałem wtedy łez). O malutkiej Emi, która ciągle chciała się ze mną bawić, dawała buziaki na dobranoc, i w oczach której można się z miejsca zakochać. O Tuti, która przygarnia bezpańskie psy, ratuje im życie, leczy, karmi i oddaje do dobrych ludzi, a w zamian spotkała ją kradzież telefonu. O dziadku, który podjechał samochodem przed dom i niepodziewanie zabrał nas na pyszne lody, a dzień wcześniej zrobił dla nas pizzę. I o całej reszcie tych kosmicznych ludzi, dzięki którym przeżyliśmy przygodę, której przenigdy nie zapomnimy.

Do Buenos zawiózł nas brat Tuti, za darmo, a w dodatku kupił nam kartę Sube, dzięki której mogliśmy podróżować komunikacją miejską. Dobroć tej rodziny to coś, czego dotychczas nie spotkaliśmy na swojej drodze. Taka bezinteresowność i zaufanie sprawia, że świat jest lepszy. Dziękujemy Wam, Przyjaciele. Nigdy Was nie zapomnimy. I zrobimy wszystko, żeby to nie było nasze ostatnie spotkanie.

A co się działo w Buenos Aires… już niebawem! Tym razem naprawdę niebawem. 🙂

IMG_20180307_131112

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s