Brazylia: Żegnaj! Obrigado!

IMGP4125

Ilha Grande na pewno będziemy wspominać długo i dobrze. To był świetny czas relaksu, taka ucieczka od wielkomiejskiego zgiełku była nam potrzebna. Po odebraniu części bagażu z dworcowej przechowalni ruszyliśmy na wylotówkę z Angra Dos Reis i postanowiliśmy udać się w kierunku Guaratingueta, czyli miasta-łamacza języków. Tam czekał już na nas Gustavo, nasz pierwszy host w Brazylii, który wykazał się niesamowitą cierpliwością – termin przyjazdu przekładaliśmy chyba ze trzy razy, za każdym razem z uśmiechem pisał nam ‘no worries’.

Słońce paliło nasze piękne i młoda ciała, ale my dzielnie dotarliśmy do idealnej miejscówki na łapanie naszego pierwszego, południowoamerykańskiego stopa! Zdążyliśmy zrzucić z siebie plecaki, Kasia przygotowywała karton z nazwą miasta, mój kciuk już szukał swoim skorumpowanym wzrokiem (?) ofiary i… po dosłownie 5 minutach zatrzymał się samochód! Ależ piękne początki autostopowej przygody! Kierowca jechał do miejscowości Paraty, która początkowo była na naszej liście miejsc do zobaczenia, jednak na tamten moment zrezygnowaliśmy z niej, żeby jak najszybciej dostać się do Foz Do Iguacu. Okazało się, że kierowcą jest Lukas, lat około 40, w dodatku Czech, co nas niezmiernie ucieszyło, gdyż wprost uwielbiamy naszych południowych sąsiadów i ich kraj. Lukas przyleciał na miesiąc do Brazylii na tzw. wywczas, odwiedził swoich znajomych i podróżował wynajętym samochodem. Smutna to była podróż, ponieważ marzył o nurkowaniu i kąpielach, a wszędzie gdzie się pojawił padał deszcz. I tak od trzech tygodni. 😀 Umilaliśmy sobie podróż rozmówkami angielsko-czesko-polskimi i słuchaniem kapel metalowych z całego świata. Tak, Lukas jest zatwardziałym metalowcem, ale poza tym prowadzi własną firmę typu ‘przesadzanie dużych drzew’, co jest świetnym biznesem, więc wiedzie mu się bardzo, bardzo dobrze. Do tego też dużo podróżował i lubi piwo, więc szybko znaleźliśmy wspólny język. 🙂 Poczęstował mnie również opowiastką na temat piwa i autostopu: kiedyś jeździł po Skandynawii i zabrał go kierowca, z którym podczas drogi wypili skrzynkę piwa, lecz mimo tego dopingu podobno nie wyglądał na pijanego, więc to chyba nie była jego pierwszyzna. My jakoś nie mamy takiego, huehue, szczęścia. 😉

IMGP3770

Lukas zostawił nas na stacji benzynowej w Paratach, pożegnaliśmy się czule, wymieniliśmy fejsbukami, a on sam zamierzał zatrzymać się na jeden dzień w mieście. Postanowiliśmy chwilkę odpocząć i się nawodnić, a sącząc małe, zimne piwko coś mnie tknęło.

 – Kasia, masz nasz mały aparat?

– To Ty go nie masz???

Standard. Napisaliśmy szybko do naszego Czecha, czy nie został w samochodzie, no i oczywiście okazało się, że został. Po kilkunastu minutach na stacji zjawił się samochód i niespodziewanie spotkaliśmy się raz jeszcze. 🙂 To chyba był jakiś znak, bo w sumie było już popołudniu, niebyt wyrywaliśmy się do dalszej drogi, a jednak zgodnie z wcześniejszym planem jesteśmy w tych Paratach (a to bardzo ładne, kolonialne miasteczko), w dodatku Lukas powiedział, że właśnie odbywa się tu festiwal piwa, a on sam jutro jedzie dokładnie do Guaratinguety i możemy jechać z nim! Długo się więc nie zastanawialiśmy, kolejna wiadomość do Gustavo z prośbą o przełożenie terminu naszego przyjazdu, oczywiście ‘no worries, you’re not first’, a do tego znaleźliśmy bardzo fajny hostelik z prywatnym pokojem i łazienką za 50zł/2os. Ruszamy więc na festiwal piwa, a rano na zwiedzanie miasta i nurkowanie! 😀

IMGP3718
IMGP3723
IMGP3748

Z Lukasem czas płynął naprawdę fajnie. Gadaliśmy o wszystkim (głównie to o jego miłosnych rozterkach i piwie), popijaliśmy pyszne, kraftowe piwko i zajadaliśmy się kiełbaskami, wołowiną i serduszkami z grilla. Kto by pomyślał, że człowiek tak zatęskni za podrobami?! Nasz współtowarzysz miał duży dystans i poczucie humoru: powiedział nam na czym polega ‘metoda na Czecha’ (coś a’la nasze ‘przyjanuszyć’), opowiadał jak niecierpliwy Polak przy bramce na autostradzie wywołał w nim atak śmiechu krzycząc ‘kurwa, kurwa, czeski knedlik’, pozapraszaliśmy się do Polski i do Pragi (mamy zamiar z tego skorzystać!) , a do tego wzbogaciliśmy się o kolekcję unikatowych podkładek pod piwo.

IMGP3747
IMGP3776

Następnego dnia, na lekkim kacu poszliśmy podziwiać kolonialną architekturę oraz udaliśmy się do Trindade na plażę i ponurkować wśród skał. Z nurkowania oczywiście za wiele nie wyszło, ponieważ ta część duszy Lukasa, która jest mroczna niczym jego koszulki sprowadziła chmury i dużo ludzi, którzy mącili wodę (mąciwody, hahaha, huhuhu, ale mi się żart udał), przez co niewiele było w niej widać. Po kilku godzinach wróciliśmy więc motorówką i udaliśmy się do naszego miasta docelowego. Przeżyliśmy. Może nie jest to takie oczywiste, więc pokrótce wyjaśnię: Lukas, jako samotny chłop mający kasę lubi się pobawić. Jedną z jego pasji są wyścigi i samochody. On nie jechał, on zapieprzał przez górskie dróżki jakby jutra miało nie być, a samochód był z wypożyczalni. W sumie był, więc to wiele wyjaśnia. 😉 Jak wspomniałem, przeżyliśmy.

IMGP3791

Po dotarciu pod wskazany przez Gustavo adres pożegnaliśmy się kolejny raz z Lukasem (ale nie na zawsze!) i patrzyliśmy na luksusowy wieżowiec na zamkniętym osiedlu, który okazał się celem naszej podróży. Nasz dobrodziej przywitał nas z uśmiechem, zabrał na burgera, szybkie zakupy (w końcu taniej!!!) i zaprosił na wieczorne wyjście na miasto. Wiadomo, czemu nie? 🙂 Nie ukrywamy, że zrobił na nas wrażenie – mówi biegle w czterech językach, studiował w Niemczech, ale kocha Brazylię (ze szczególnym uwzględnieniem Brazylijek), więc wrócił i jest teraz inżynierem w fabryce samochodów. Ludzie robią kariery, ale i my zrobimy, wszystko w swoim czasie. 😉 Jako typowy, brazylijski  lowelas spotkał się z jedną ze swoich nałożnic, którą nazywał ‘Second Option’. Cóż, niezbyt ładnie, ale nie nam oceniać, taki kraj, taki temperament. Nasze Mamy pewnie już się zamartwiają czytając, że ciągle pijemy piwo, więc napiszę tylko, że kolejny wieczór upłynął (uPŁYNĄŁ, hehe) nam w miłej atmosferze. Mamusie! Wcale nie pijemy tak dużo jak to wygląda! A na pewno nie więcej! 😀

Mimo propozycji zostania jeszcze jeden dzień postanowiliśmy w końcu udać się w kierunku Foz, a konkretnie do Kurytyby, która była całkiem po drodze. I kolejny raz szczęki nam opadły z wrażenia, ponieważ ludzie tutaj są NIESAMOWICIE pomocni i troskliwi. Jeszcze w Rio jedna z mieszkanek hostelu przeszła z nami kawał miasta w poszukiwaniu butli z gazem do kuchenki turystycznej, a teraz Gustavo postanowił podwieźć nas dobre 30 kilometrów w kierunku dużej stacji benzynowej, na której łatwiej złapać stopa. W dodatku sam zaczął pytać ludzi czy ktoś nie jedzie w naszym kierunku! Naprawdę bardzo wczuł się w pomoc, również dlatego, że sam zwiedził kawał Europy autostopem i jest od niego lekko uzależniony – ma na swoim koncie grubo ponad setkę przejazdów. My w tym czasie staliśmy przy drodze i po mniej więcej pół godziny zatrzymała się ciężarówka wioząca coca-colę. Kierowca oczywiście mówił tylko po portugalsku, więc rozmową zajął się nasz dobrodziej i okazało się, że tak, jedzie do Kurytyby! Kolejne uściski na pożegnanie z kolejnym niesamowitym człowiekiem spotkanym na naszej drodze i już siedzimy w kabinie. Kasia starała się podtrzymywać rozmowę, jednak bariera językowa okazała się nie do przeskoczenia. Trudno, kilka godzin w milczeniu nikomu nie zaszkodziło. Kierowca okazał się jednak przemiły, nawet kupił nam na stacji benzynowej napoje i przekąski. Za ich przyjęcie zostaliśmy później lekko skrytykowani przez Gustavo, ponieważ okazuje się, że kierowcy w Brazylii zarabiają naprawdę bardzo słabe pieniądze. To smutne, gdyż doskonale wiemy jak ciężką pracę mają nasi Tatusiowie, i że to nie jest łatwy kawałek chleba. Szacunek ludzi kierownicy.

IMGP3814

O samej Kurytybie nie mamy zbyt wiele do napisania. Zatrzymaliśmy się w hostelu podładować akumulatory przed dalszą drogą i… w sumie to tyle. Nawet nie za bardzo mieliśmy czas spotkać się z poznanymi podczas karnawału ludźmi mieszkającymi tutaj, czego troszkę szkoda. W dodatku rozmiar miasta nas trochę przeraził i postanowiliśmy pójść na łatwiznę jadąc do Foz autokarem. Wspomnę tylko, że miasto wydało nam się dużo bardziej cywilizowane i wręcz europejskie, ale to licha opinia po kilku godzinach spaceru. Żegnaj Kurytybo, witaj Foz!

Na dworcu przywitała nas ogromna ulewa. W dodatku okazało się, że w mieście jeździ JEDEN kierowca Ubera i chyba w trakcie oczekiwania na jego przyjazd postanowił skończyć pracę na dziś. Nieustraszonej Katarzynie udało się jednak utargować całkiem znośną cenę w taksówce i po kilkunastu minutach zameldowaliśmy się pod domem Mirandy, naszego kolejnego hosta, w dodatku kolejnego cierpliwego, bo spieszył się na grilla ze znajomymi, a jednak na nas poczekał. Lojalnie ostrzegał przed stanem swojego domu, bo to tylko jego tymczasowe miejsce zamieszkania, i ostrzeżenia te okazały się słuszne. 😀 Będziemy pisać jednak dobre rzeczy, więc robaki nas nie gryzły, było ciepło, na głowy nie padało – czego chcieć więcej? Miranda powiedział tylko, żebyśmy się rozgościli i poszedł na imprezę zostawiając nas samych. Takie zaufanie warto docenić.

IMGP3834

Okłamałem Was odrobinkę. Nie zostawił nas tak do końca samych. Zostawił nas z Amy, czyli jednym z najcudowniejszych psów jakie kiedykolwiek spotkałem! Małe stworzonko przygarnięte z ulicy, pełne miłości, szczęścia i chęci do zabawy błyskawicznie zdobyło nasze serca. Nawet rozważaliśmy przez chwilę porwanie i ucieczkę z miejsca zbrodni, jednak resztki sumienia wzięły górę. Zasnęliśmy z Amy w nogach i następnego dnia udaliśmy się w końcu do ostatniego punktu naszej brazylijskiej przygody – Wodospadów Foz, które podobno na Amerykanach robią większe wrażenie niż Niagara (są wyższe), a ich szum słychać podobno z odległości 20 kilometrów! Postanowiliśmy kontynuować naszą autostopową przygodę , z sukcesami, ale też niespodzianką. Taksówkarz, który zatrzymał się, żeby nas podwieźć (za darmo), podwiózł nas, owszem, ale nie na same wodospady, tylko do okolicznego Parku Ptaków. Tak, sami tego chcieliśmy, nie wiem jak to się stało, bo nie planowaliśmy tam być. 🙂

IMGP3843
IMGP3855
IMGP3858

Zawsze troszkę mi smutno, gdy widzę zwierzęta w klatkach, no ale rozumiem – ochrona gatunków itp. Nasze oczy miały zaszczyt podziwiać stworzenia jak z atlasów przyrodniczych, papugi latały nad głowami, a żółwie chodziły między stopami. Słowami ciężko to opisać, więc łapcie kilka zdjęć.

IMGP3925
IMGP3893
IMGP3874

Słyszeliśmy opinie, że nie koniecznie warto wybrać się do tego parku, ale naszym zdaniem warto, chociaż wstęp kosztował chyba coś koło 50 złotych za osobę, więc dość drogo. Poza tym spieszyliśmy się odrobinę, żeby zdążyć na wodospady, więc spędziliśmy tam tylko około godziny. To jednak wystarczający czas, żeby wszystko zobaczyć, ale już nie do końca, żeby się uważnie poprzyglądać. Mimo wszystko Park Ptaków na plus.

Po krótkiej przejażdżce autobusem (w cenie biletów wstępu, ok. 70zł) dotarliśmy do wodospadów. Ich wielkość zdecydowanie robi wrażenie, a wiele wodospadów widzieliśmy przecież żyjąc na Islandii. Zanim jednak zeszliśmy niżej/bliżej zostaliśmy zaatakowani. Zaczęły nas obsiadać różnokolorowe motyle! Nie bały się wchodzić na plecaki, głowy czy nawet palce.

IMGP4115
IMGP4044
IMGP4054

Park jest pełen zwierząt, ale największą furorę robią coatis, czyli coś jak szopy. Nawet udało nam się kilka pogłaskać. 🙂 Oczywiście jak wszystkie głodomory liczą na łakocie od turystów (NIE KARMIĆ ZWIERZĄT!), a dodatkowo pozują do zdjęć.  Same wodospady są ogromne, taka potęga natury robi na mnie zawsze wielkie wrażenie, człowiek jest tak naprawdę malutkim i słabym stworzeniem, a ratuje nas tylko rozwinięty mózg. Wybaczcie jakość zdjęć, ale było bardzo mokro. Podobno dobrze również wybrać się na wycieczkę od strony argentyńskiej, ale niestety nie było nam to dane. Jeśli ktoś jest zamożny (lub po prostu nie pije piwa) to można również skorzystać z dodatkowych atrakcji typu safari, spływ pontonem czy lot helikopterem. Nie musimy chyba wspominać, że się nie skusiliśmy. 😉 Czy warto było? Pewnie, że warto. Nie było to ‘łał’ na miarę islandzkiego wodospadu Gullfoss, ale i tak polecamy.

IMGP4116
IMGP4158

Po powrocie (oczywiście autostopem) Miranda, który okazał się przemiłym gościem, zabrał nas na kolację. Kolacją była tapioca, burgery i kebaby, więc bardzo się ucieszyliśmy. Jeszcze bardziej, gdy zobaczyłem rachunek – za jedzenie dla 4 osób i piwo zapłaciłem jakieś 40 złotych. Lokersi jednak wiedzą najlepiej gdzie się stołować, co udowodnił kolejnego dnia zabierając nas na obiad typu ‘nałóż se sam co chcesz i ile chcesz’ za 12zł. Nie takie to Foz straszne jak się ma dobrego przewodnika. 🙂 W międzyczasie udaliśmy się na krótki rekonesans do Paragwaju, co jak się okazało skutkowało niemiłymi konsekwencjami, ale o tym już napisze Kasia w kolejnym odcinku.

IMGP4187

Pierwszy kraj podczas naszej podróży zaliczony! Teraz czas na Paragwaj, w którym podobno nie ma nic ciekawego, ale za to jest tanio i bardziej czuć w nim klimat Ameryki Południowej. Czy to wystarczy, żeby zaspokoić nasze oczekiwania?

IMGP4164
IMGP4172

Jedna uwaga do wpisu “Brazylia: Żegnaj! Obrigado!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s