Brazylia: Sao Paulo i Rio de Janeiro

IMGP3318.DNG

Dwanaście godzin lotu na trasie Lizbona – Sao Paulo minęło nam niezwykle komfortowo. Bardzo wygodne fotele, ciepły posiłek, a nawet darmowe piwko (niestety szybko się skończyło) to luksusy, których zaznaliśmy po raz pierwszy i była to zdecydowanie miła odmiana po ryanairowych i wizzairowych warunkach, do jakich przywykliśmy.

Jeszcze tylko uśmiechnięta Pani Celniczka wbiła nam do paszportów niezbędne pieczątki, życzyła miłego pobytu i… witaj Brazylio! Szybkie poszukiwanie wi-fi, zamówienie Ubera i ruszamy w niemal godzinną podróż do hostelu.

IMG_20180210_170411

Im dłużej jechaliśmy i im bardziej zbliżaliśmy się do downtownu, tym mniej wesołe były nasze miny. Ludzie snujący się jak zombie, grzebiący w śmieciach lub śpiący na stosach tychże, brudne dzieci biegające w nocy po ulicach, kobiety w ciąży siedzące pod murami z fajką w zębach… Wtedy byliśmy prawie pewni, że prędzej czy później nas tu zabiją, a w najlepszym wypadku okradną ze wszystkiego, włącznie ze skarpetkami. Mina Kasi wyrażała coś pomiędzy chęcią ucieczki a tęsknotą za ciepłym, bezpiecznym łóżkiem w domu. Wysiedliśmy niemal pod samymi drzwiami i okazało się, że zaraz obok jest posterunek policji, a po okolicy chodzi wiele patroli. Dobre i to. Nie zastanawiając się długo, oceniając szanse na przeżycie jako jednak dość realne, postanowiliśmy zagrać va banque – idziemy na piwo. Oczywiście naszym zwyczajem był to wypad do oddalonego 50 metrów bardzo podrzędnego baru, w którym przesiadują lokersi w wieku lekkopółśrednim. Troszkę się zdziwiliśmy, że puszka złocistego trunku w takim miejscu kosztowała ok. 6zł, nawet myśleliśmy, że to specjalna cena dla białasów, ale później okazało się, że takie są tu stawki, nic pan nie zrobisz. Wypite piwko dodało nam animuszu, postanowiliśmy więc pójść na kolejne po drodze zjadając bułkę z mięsem a’la kebab zakupioną na ulicy. I tu wszystko zaczęło się dziać szybko – otwarta butelka, small-talk z Brazylijką i Kasia już tańczy sambę oraz nawiązuje nowe znajomości! Zostaliśmy ostrzeżeni, żeby nie nosić pieniędzy, telefonów i najlepiej w ogóle niczego na wierzchu oraz zaproszeni do domu. Jeszcze tym razem jednak nie skorzystaliśmy, lecz i tak był to bardzo miły akcent zwieńczający naszą pierwszą noc w Ameryce Południowej.

IMG_1299

Kolejne dwa dni w Sao Paulo minęły nam na ostrożnych spacerach, podczas których obserwowaliśmy ludzi i poznawaliśmy okolicę. Jednym z większych zaskoczeń okazały się ceny wielu podstawowych produktów (piwo i street food), mniej więcej dwukrotnie wyższe niż w Polsce. O my naiwni, nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze co czeka nas w tej materii później! Niemałe zdziwienie wywołały też całe osiedla namiotów i prowizorycznych schronień budowanych w parkach, masa śmieci na ulicach czy w rzekach, bijąca po oczach bieda i brud. Mimo to ludzie wydawali się uśmiechnięci, kwitł handel i ‘życie na rogu’ – tak nazwaliśmy wypełnione wielbicielami trunków i rozmów, wszechobecne knajpki i bary, które zazwyczaj znajdowały się w okolicy skrzyżowań.

IMG_1343
IMG_1349

Z wielką radością spostrzegłem, że jednym z bardziej popularnych samochodów jest tutaj mój ulubiony Volkswagen ‘Ogórek’! Minęliśmy ich naprawdę dużo, nawet policja miała swojego na parkingu. Wiele z nich było całkiem nowych, więc chyba produkcja tego kultowego pojazdu kwitnie w najlepsze.

IMG_1330

Dni przeznaczone na brazylijską aklimatyzację minęły nam bardzo szybko, w międzyczasie zakupiliśmy bilety autobusowe do Rio i trzeciego dnia naszej podróży udaliśmy się na dworzec, żeby w końcu wyruszyć spełnić nasze marzenie – zobaczyć i poczuć Karnawał! Droga do Rio to była przyjemność, ze względu na komfort jaki zapewniają południowoamerykańskie autokary, które zasługują na kilka słów. Wielkie, rozkładane fotele, w wyższej klasie wręcz ‘leżące’, wi-fi, gniazdka/USB, do tego klimatyzacja, która przy +38 stopniach działa aż za dobrze (warto wziąć kocyk lub coś cieplejszego do ubrania – bywa naprawdę chłodno!), a w niektórych woda i poczęstunek w cenie biletu – to wszystko sprawia, że nawet bardzo długie podróże są przyjemnością. Taki komfort jest w Polsce niespotykany. Do tego dworce, mimo że ogromne, są świetnie zorganizowane, każdy przewoźnik ma osobne biuro, nie ma również problemu ze znalezieniem odpowiedniego stanowiska, gdyż wszystkie, a bywa ich kilkadziesiąt, są w jednej strefie.

IMG_1369

Rio de Janeiro! Jesteśmy! O panie, w Sao Paulo było gorąco, ale tutaj to już w ogóle jakiś mordor! Czy wspominałem już, że oba te miasta są OGROMNE? Kolejna godzinna przeprawa, hostel w faweli już na nas czeka, ale jeszcze troszkę sobie poczeka, bo najpierw widzimy się z naszą ukochaną przyjaciółką – Justyną, z którą znam się jeszcze z czasów akademickich. Dżasta odwiedziła nas w Anglii, na Islandii, a teraz widzimy się w Brazylii. Jakoś tak wychodzi, że łatwiej nam się spotkać gdzieś daleko w świecie niż w Polsce. Jeśli ktoś szuka nieszablonowej, zawsze pełnej energii i dobrego humoru, uśmiechniętej żony to z czystym sumieniem mogę wspomnianą Dżastę polecić! 😀 O, jest i ona! Widzimy jak pełna kolorów, przebrana postać zbliża się do nas z daleka promieniując uśmiechem. Szybkie piwko, szybkie zakupy i już siedzimy na Copacabanie sącząc drinki i robiąc hot-dogi. To co teraz? Czas na nocną kąpiel nago w oceanie! Takie Rio to ja rozumiem i szanuję!

IMG_1377

Godziny rozmów minęły bardzo szybko, czas więc udać się do wspomnianej faweli, w końcu już druga w nocy. Fawele w Brazylii to z zasady dzielnice biedy. Do wielu z nich lepiej się nie zapuszczać, a są i takie, gdzie nawet policja nie zagląda. To rewiry mafii, tu strzelaniny, rozboje, kradzieże i handel narkotykami są na porządku dziennym. Nasza fawela, Vidigal, położona na malowniczym wzgórzu z pięknym widokiem na miasto jest jednak dość cywilizowanym i turystycznym miejscem, więc strach był troszkę mniejszy, choć i tak nie do końca wiedzieliśmy czego się spodziewać.  Mieliśmy sporo szczęścia, że kierowca Ubera zawiózł nas na samą górę, bo zazwyczaj taksówki zatrzymują się na dole i resztę trasy trzeba pokonać na pieszo lub na jednym z motocykli-taksówek, których jest w okolicy mnóstwo. Jakimś cudem również o tak nieludzkiej porze ktoś nam otworzył drzwi do naszego hippisowskiego hosteliku. Uff, można spać i szykować się na karnawałowe szaleństwa!

IMGP3330.DNG
IMGP3332.DNG
IMG_1403
IMG_1399

Kolejnego dnia udaliśmy się na długi spacer w kierunku Copacabany, po drodze zatrzymując się na plaży Ipanema, która naszym zdaniem jest dużo ładniejsza od chyba lekko przereklamowanej, sławniejszej konkurentki.

IMG_20180213_114946
IMG_1548

Karnawał było widać i czuć na każdym kroku. Tłumy ludzi w kolorowych strojach, tańczących, uśmiechniętych, pełnych radości i szaleństwa sprawiły, że poczuliśmy się prawie jak na Woodstocku! 😀 Nasze oczy ze wszystkich stron były atakowane skąpo odzianymi Brazylijkami i umięśnionymi Brazylijczykami, a w ich tańcu było widać niesamowity luz i latynoski temperament. Nawet u tych mniej atrakcyjnych było widać brak kompleksów. Karnawał to dla Brazylijczyków czas frywolności i czystej, niczym nieskrępowanej zabawy. Z opowieści przyjaciół Dżasty i ich znajomych wynikało, że wielu wręcz robi sobie konkursy z iloma osobami się pocałuje. 🙂

IMG_1456
IMG_1441
IMG_1436
IMG_1428
IMG_1427

Dobrą zabawę zdecydowanie wspomaga caipirinha, czyli lokalny drink na bazie alkoholu, który nazywa się cachaca i mocą nie ustępuje naszej polskiej czystej. Oczywiście skosztowaliśmy po półlitrowym kubeczku i byliśmy nielicho zaskoczeni jak szybko uderza do głowy. Zagadka rozwiązała się dość szybko, kiedy przyglądaliśmy się jak wspomniany drink jest przygotowywany. W kubku ląduje kilka łyżek cukru, kawałki limonek, lód i… resztę dopełnia się cachacą. Czyli pewnie jakieś 0,3l mocnego alkoholu w drinku. Jak im się opłaca to sprzedawać za 15 złotych? Ano tak, że litr cachacy kosztuje w sklepie 5-6zł! Ba, widzieliśmy nawet wódkę o pięknej nazwie Polak za 10zł/litr. 😀 Drugi kubeczek wprawił nas w jeszcze lepszy, wręcz wyborny nastrój, który Kasia spożytkowała na dzikie tańce z tubylcami, za co niejednokrotnie zbierała oklaski. 😀 Kosztowało ją to co prawda utratę klapek i kapelusza, które zniknęły dosłownie pół minuty po zostawieniu ich na murku, ale za to dostała w prezencie piękną, wyraźnie mającą za sobą długą historię, czapeczkę z daszkiem z logo Slipknota. 🙂

IMG_1466
IMG_1510

Zdecydowanie Karnawał porwał nas z wielką siłą. I to nie było jego ostatnie słowo! Noc na regenerację to ciut za mało, ale co tam, w końcu jeszcze ma się te dwadzieścia parę lat! Ruszamy dalej, tym razem całą paczką. Ulice wciąż pełne, muzyka wciąż gra, ciała wciąż wirują w tańcu, a uśmiechy nie schodzą z twarzy. Karnawał tak naprawdę bardzo trudno wyrazić słowami, one nie zawsze są wystarczające, żeby opisać te szczególne chwile, gdy klimat jest gorący, wręcz gęsty.

IMG_1582

Jego ostatnia noc niestety rozdzieliła nas na kilka godzin. Najpierw zabłądziłem podczas poszukiwania caipirinhi, nie znałem nazwy ulicy ani miejsca, w którym byliśmy, jednak moje super dokładne wskazówki (na rogu, sprzedają pizzę i jest tam impreza) okazały się wystarczające, żeby poproszona o pomoc grupka karnawałowiczów z uśmiechem (chociaż i niemałym trudem) mnie tam zaprowadziła. To jednak nie był koniec, ponieważ ‘bardzo zmęczona’ Kasia została odholowana potajemnie do wynajętego przez dziewczyny mieszkania, a ja musiałem wracać samotnie do faweli. I wtedy zdarzyło się coś, czego raczej bym się nie spodziewał. Zostałem wysadzony ‘na dole’, więc zamierzałem udać się lekko chwiejnym spacerkiem w górę, do hostelu. Jednak nie dane mi było tak po prostu tam dojść. Zostałem wciągnięty przez lokersów do baru typu speluna. Na szczęście jeden z nich troszkę komunikował się po angielsku, więc przy szklaneczce szybko udało nam się zaprzyjaźnić i ocalić moje życie i plecak. Zdecydowanie nie było to miejsce dla gringo, siedzieli w nim raczej goście bez koszulek, cali wydziarani, niektórzy ewidentnie z katarem. 😉 Jednak przeżyłem, zostałem nawet doprowadzony prawie pod sam hostel, a co się działo w barze w faweli niech tam zostanie na wieki.

IMGP3343.DNG

Te klika pierwszych dni w Brazylii bardzo mnie zaskoczyło. Jest to kraj ogromnych kontrastów, z jednej strony pełno skrajnej biedy, mafia, a z drugiej knajpy i restauracje, w których ciężko o miejsce oraz roztańczeni, radośni, szukający upustu swojej miłości ludzie. Wszystko to okraszone prażącym słońcem i wszechobecną muzyką. Ludzie starają się dorobić handlując na ulicach czym się da, inni zbierają śmieci, a jeszcze inni okradają turystów. Największym problemem Kraju Kawy są narkotyki i ściśle z nimi związana korupcja. Policjanci zarabiają stosunkowo niewiele i są bardzo łasi na wcale niemałe łapówki, bo po co w takiej sytuacji ryzykować życiem, jeśli można za to zapewnić spokojny byt rodzinie? Jeden z naszych hostów z couchsurfingu stwierdził, że nie jest politykiem, nie ma więc jak zmienić sytuacji, a jedyne co może na to poradzić to nie kupować narkotyków, żeby nie nakręcać maszyny. Taki kraj, taka polityka, taka sytuacja.

IMG_1543

Ostatnie chwile to relaks w hostelu (śniadania z małpami zawsze na propsie!), wyprawa pod stópki Jezuska i przebijanie się tam przez stada turystów oraz szykowanie do kolejnego etapu podróży. Czas troszkę odpocząć od tłumów, miejskiego zgiełku i alkoholu. Jedziem tam – na rajską wyspę Ilha Grande!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s